PRZYGOTOWANIA

      Nie ma dla mnie lepszej daty na snucie rowerowych opowieści niż 4 sierpnia. W ten to bowiem dzień roku 2013 niedaleko po północy wyruszyłem w 7 tygodniową podróż przez Europę na rowerze o jednym zaledwie biegu.  Jak do tego doszło?

    Głównym bohaterem tej historii jest Biały Rycerz, którym nie jestem ja (chociaż tak naprawdę oczywiście, że to ja jestem głównym bohaterem tej historii), lecz rower. Dopiero długo po ustanowieniu tej nazwy dla projektu moja wtedy dziewczyna przyznała się, że myślała cały czas, że Biały Rycerz to ja. Violaine, ale biały jest rower, nie ja. To znaczy ja też, ale rozumiesz. Aha, czyli ty będziesz jechał na rycerzu? Na barana? To nie ma sensu. Rycerz jedzie na koniu, a ty na rowerze. To ty jesteś rycerzem! Po francusku nota bene rycerz to chevalier, słowo pochodzące od cheval, czyli koń. Genialne językowe nieporozumienia. W każdym razie sytuacja przedstawiała się następująco. W roku 2012 zawitałem do małej miejscowości w Krainie Deszczowców zwanej dalej Krajem Basków. Miasteczko miało nazwę rodem z westernu, ale nie miało z nim nic wspólnego, nie zgadzał się przede wszystkim klimat. Durango to położone 30km od morza i otoczone zewsząd górami niewielkie miasto w północnej Hiszpanii napastowane gęstym deszczem od listopada do marca. Jako że miałem tam mieszkać rok cały prawie, zakupiłem czym prędzej rower, który przyjechał do mnie w kartonie aż ze słonecznej Valencii. Otwierając zamaszyście i łapczywie (rower!!) tenże karton dużym nożem kuchennym odciąłem sobie przy okazji część palca. Krwi było sporo, głównie na bialutkim rowerze. Bardzo dobrze to wyglądało.

     I tak oto zaczęła się nasza wspólna przygoda…moja i stalowego przecenionego na €250 roweru. Wspominam cenę nieprzypadkowo, Kraj Basków bowiem pełen jest profesjonalnych kolarzy, profesjonalnych sklepów rowerowych z bardzo profesjonalnymi cenami. Koło mnie były dwa. Chodziłem sobie tam patrzeć na rowery i na zwisające z nich wypisane na karteczkach ceny. €3500 na przykład. Jeden znajomy wydał nawet €8000. Na rower. Jeden. Otóż nie brakowało w owej dziwnej krainie panów uzbrojonych w takie kolarzówki i owe obcisłe sexy wdzianka, dobrze leżące zwłaszcza na 60 letnich Baskach z brzuchami. Były to bardzo ładne i lekkie rowery. Nie to co rycerz w stalowej zbroi. Przed jego zakupem napisałem do kolegi, który pracuje w sklepie rowerowym w Brighton, żeby wydał opinię. Odpowiedź brzmiała: Szrot straszny, ale faktycznie tani. Jakość komponentów mnie przeraża… Po tej ekspertyzie zakupiłem rower, bo jak zwykle nie miałem pieniędzy na nic innego, a kwota odpowiadała akurat tej, którą wygrałem w konkursie fotograficznym. Ładnie się to złożyło, że za pewne zdjęcie zrobione o świcie na Saharze w Maroku mogłem sobie pięć lat później kupić rower. Takie historie lubię.

     Przyznam się, że nie pamiętam czy najpierw nadałem nazwę White Knight samemu rowerowi, inspirowany oczywiście Batmanem (The Dark Night Rises), czy pierwsza powstała nazwa samego projektu podróży. Tak czy inaczej, White Knight zaczął paradować po ulicach, które nie wyglądały jak na westernach. Kupiłem sobie single speed zwyczajnie dlatego, że mi się podobał ten typ roweru, a również dlatego, że był €100 tańszy od tych z biegami. Rower prezentował się doskonale! Ale niestety nie dotarło do mnie gdy patrzyłem często paląc na balkonie na wszystkie te otaczające nas góry, że…mieszkam w górach. Durango było płaskie. Ale już poza nim było raczej bardzo wybojowo (zmyłka). Okazało się, że czasem jeden bieg to za mało na dalsze wycieczki, używałem więc roweru głównie w mieście. Pamiętam dobrze, że był taki 15% podjazd (nachylenie terenu) niedaleko za miastem w stronę Urkioli, z którym za każdym razem przegrywałem. Dziś zastanawiam się czy faktycznie był tak stromy, czy jeszcze nie było wtedy sił. Ale jest jeden kolarz-legenda żyjący w Durango pół wieku temu, który na ten szczyt wjeżdżał na rowerze…tyłem (fakt!). W barach wiszą jego zdjęcia.

     Gdy kończył mi się kontrakt w Durango trzeba było coś zrobić z rowerem. Mogłem go sprzedać. Wysłać do Polski. Albo…pojechać na nim do Wrocławia. Z tych trzech opcji wybrałem tradycyjnie tą ostatnią. Pomysł nie był mój! Należał do mojej koleżanki, która planowała zrobić zdaje się tego samego lata na swoim cruiser’ze właśnie taki trip z Polski do Hiszpanii. Samotnie, bez planu, przed siebie. Była nim bardzo podekscytowana, ale niestety nie dane jej było go zrealizować. Był jednak czas, że rozmawialiśmy o nim sporo. I tak chyba gdy w połowie mojego pobytu w Hiszpanii zadałem sobie to pytanie – co z rowerem? – natychmiast pojawiła się właśnie owa trzecia opcja inspirowana projektem Marty. Oczywiście od razu zapaliłem się mocno na tą myśl, ale nie byłem pewien czy jest to wykonalne. Czytałem o wielu rowerowych eskapadach przez świat. Ale wszyscy oni mieli przerzutki. Znałem też historię Cycle Me Home – pewien Węgier imieniem Levi pojechał na fixed gear z Madrytu, gdzie kończył Erasmusa, do Budapesztu. Na długo przed powstaniem mojego pomysłu śledziłem ze zdrową zazdrością jego poczynania myśląc sobie sonofabitch! kiedyś też to zrobię. No i proszę. Tyle, że Levi miał ze sobą van, który za nim jechał i wszystko nadzorował, nie musiał też wieźć ze sobą żadnych bagaży. Jazda była czystą przyjemnością, choć przejechać ten dystans na fixie, czyli ostrym kole, nawet jeśli nie do końca cały i z pomocą van’a, to jest ogromne osiągnięcie! Z Levim się zresztą za parę tygodni miałem spotkać gdy zawitałem do Budapesztu.

     Przez długi czas zatem nie wiedziałem czy to jest w ogóle możliwe. Nie byłem pewien czy będę miał na to € też. Był taki moment, że już się poddałem, i mówiłem sobie eh, chyba nic z tego. Zwłaszcza gdy raz w ramach rekonesansu pojechałem na Białym Rycerzu 60km nad morze i z powrotem. To była mordęga! (dobre słowo). Hardcore niemały, naprawdę. Wróciłem z tej wycieczki wyczerpany, padłem na łóżko ciężko dysząc kiwając głową na znak, że nie. To musiał być chyba wczesny marzec. Pomyślałem sobie, nie ma szans, nigdy więcej. Parę tygodni później ostatecznie i bohatersko zdecydowałem, że definitywnie tenże trip nastąpi! Mimo wszystko. Nie ma innej opcji. Amen. Od tego czasu, czyli na 3 miesiące przed wyruszeniem, mój umysł pochłonięty był już tylko latem.

     Osobnym rozdziałem, niestety nie fotograficznym, jest to jakie otrzymywałem reakcje od różnych ludzi, gdy z pełną wiarą w siebie oznajmiałem im, że ostatecznie przejadę na tym rowerze z Hiszpanii do Polski. Wspomniany kolega nie dawał mi chyba większych szans. Było sceptyków zdecydowanie więcej. Ktoś pisał, że te 3000 km (tak wtedy myślałem) to chyba na kolanach. Pan w sklepie rowerowym, z którym znałem się mało, popatrzył na mnie niepewnie. Być może szacował moją poczytalność. Mogło tak być. Ale nie chciał mnie urazić. Pero Luc, en e s t a bici? (Ale Luc, na t y m rowerze?). A ja że tak, innego nie mam. I dodawałem moje ulubione zobaczymy jak to będzie. A dobrze, dobrze, no to powodzenia, ale…może być ciężko. Podobne reakcje były na porządku dziennym potem podczas wyprawy gdy ludzie orientowali się, że rower ma jeden bieg. Pamiętam chłopca w Italii, który pokazując palcem zębatkę popatrzył zdumiony na ojca, który równie zdumiony zapytał mnie ma non hai cambi? e come sali? (ale nie masz biegów? a jak podjeżdżasz pod górę?). Jedyną osobą, która zareagowała pozytywnie była moja dziewczyna, która nieporuszona rzekła ah, bien sûr que tu réussiras (pewnie, że dasz radę) jakby mówiła o zrobieniu kółka dookoła parku.

     Przygotowań specjalnych nie robiłem, poza tym że częściej i dłużej biegałem i chodziłem też na basen. Jogging to też w ogóle nowość w moim życiu właśnie z czasów Durango. Zacząłem biegać w lecie w Anglii, brytyjski countryside i jego nieupalny klimat jest na to idealny. Wcześniej uważałem jogging za najnudniejszy sport na świecie. Nie rozumiałem tego. O co chodzi? Wszyscy ci ludzie podczas joggingu (czy w wersji hiszpańskiej footingu, lingwistycznie ciekawy przypadek złej apropriacji obcego słowa, Hiszpanie sami nie wiedzą jak to się stało…) wyglądają jakby zaraz mieli skonać, twarze powykrzywiane, włóczą nogami po ziemi, niedobrze. Widać, że cierpią. Bardzo. Ale jakoś tak najpierw wiosną w Nowym Jorku pewnego dnia o 4 nad ranem ni stąd ni zowąd zachciało mi się biegać w deszczu, kupiłem nawet buty po temu, potem w UK nieśmiało kontynuowałem, a ostatecznie jakoś bardziej regularnie zacząłem biegać właśnie w Durango jesienią. Miałem park tuż przy domu, robiłem bardzo szybkie biegi dokładnie 12min, bo tyle zajmowało mi zrobienie jednego okrążenia wokół parku. Dopiero pod koniec roku dowiedziałem się, że były to 3km. Potem robiłem dwie pętle. Dzisiaj biegam zwykle 10km. Skończy się maratonami ani chybi. Miałem też zaraz koło domu stadion lekkoatletyczny! Marzenie każdego zapaleńca sportowego takiego jak ja! Na rowerze jeździłem najmniej, bo dookoła było zbyt górzyście, a też miałem tylko na to czas w weekend. Na około 6 tygodni przed rozpoczęciem podróży wróciłem z joggingu do domu wieczorem z, uwaga, dyskomfortem w kolanie. Następnego dnia kolano podwoiło swoją objętość, nie mogłem praktycznie chodzić. Kontuzja zaczęła mnie martwić gdy dopiero po czterech dniach ustąpiła opuchlizna, ale wciąż mocno kulałem. Nie poszedłem do lekarza, bo już jest lepiej. Jakoś nie było czasu, ale kolano bolało. Zaprzestałem wszelkich sportów oczywiście i tak to trwało aż do tygodnia przed datą startu! W pewnym momencie nie było jasne czy kolano się wyleczy. 5 tygodni dochodzenia do siebie po czymś, co do dzisiaj pozostaje tajemnicą. Skręcenie? Dopiero na tydzień (!) przed ruszeniem wiedziałem, że prawdopodobnie kolano będzie gotowe. Zacząłem od razu znowu biegać, znowu w letniej Anglii, która akurat latem 2013 była mocno rozgrzana. 8 dni później ruszałem w stronę San Sebastian.

     Okres przed startem nie był więc jak bułka z masłem, lub jak to mówią tutaj, kawałkiem ciasta! Najpierw chrzest krwi przy rozpakowywaniu upamiętniony do dziś blizną, potem morderczy wypad nad morze, który uświadomił mi, że skoro tak ciężko się jedzie bez bagażu, to z 10kg obciążeniem jest to niewykonalne (i dlatego niedługo potem zdecydowałem, że jadę), w końcu decyzja na zasadzie vamos a ver (zobaczymy, czyli niech się dzieje wola nieba…), wreszcie kontuzja…ale…4 sierpnia, niedaleko po północy, świecący jak bożonarodzeniowa choinka od tych wszystkich światełek nocnych The White Knight zaatakował Pireneje…

c.d.n.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>