JAZDA

     Nastąpił wreszcie ten dzień, godzina zero, czas był ruszać w głuchą noc. Nie planowałem nocy, ale okazało się, że przeceniłem gościnność właścicielki mojego byłego mieszkania w Durango, do którego wracałem odebrać rower z krótkiego 5 tygodniowego kontraktu w Anglii i po tygodniu spędzonym z Violaine w jej domu w regionie Midi-Pyrénées w południowej Francji – tereny owe notabene bardzo urokliwe, spokojne i mocno górzyste. Wykorzystałem je do treningów na rowerze górskim, na którym jeździłem codziennie 25km odwiedzać Violaine w piekarni, gdzie tego lata pracowała. Po pracy chodziliśmy kąpać się w lodowatych górskich rzekach, ale słońca nie brakowało.

     Tymczasem w Durango owszem. Około godziny 22 trzeciego sierpnia roku 2013 stałem przed swoim blokiem z rowerem i ze wszystkimi rzeczami praktycznie gotowy do drogi. Nade mną wisiały typowe baskijskie chmury, które w tym roku nie pojechały na wakacje nad ocean zostając w domu, tam gdzie im najlepiej. Któryś już raz nawiedziło mnie dziwne uczucie gdy patrzyłem na budynek, który był moim domem przez ostatni rok, a który teraz stał przede mną zamknięty i pusty – nic już tam mojego nie było poza wspomnieniami. Gdy krótko po północy wsiadałem na rower by odjechać do pobliskiego parku na ostateczny check-up i nagranie pierwszej sceny filmu o tej podróży, wiedziałem że do tego miasteczka szybko nie wrócę. Być może nie zobaczę go już nigdy. Kolejny etap zamknięty. Kolejny etap się przede mną otwierał.

     Ruszając gładką asfaltową szosą w stronę San Sebastián naprawdę nie wiedziałem czy te góry da się przejechać na jednej przerzutce z +10kg bagażem. O podobnym wyczynie poza Cycle Me Home nie słyszałem. Ale ruszyłem. Rower był mocno odblaskowy. Lampa z przodu, lampka z tyłu, odblaski na torbach i przypadkowo też w butach, a przede wszystkim niebieskie światełka na szprychach obu kół! Wyglądało to pięknie, choć te światełka szybko się skończyły. Była to sobota, jadąc więc przez lesiste baskijskie ziemie mijałem miasteczka pełne imprezujących ludzi. Raz grupka pijących przy drodze mężczyzn na mój widok ostro atakującego kolejne wzniesienie zakrzyknęła ostia!, przekleństwo, które wyraża zachwyt lub zdziwienie. Czyli dobrze wyglądałem na cyrkowym rowerze, ale bardziej chyba zdziwiło ich tempo podejścia. W nocy nie widzieli na pewno, że jadę bez przerzutek; niezły koleś co ciśnie na trzecim biegu przez Pireneje, myśleli. Nie wiedzieli, że ja się po prostu zwyczajnie rozpędzam by pokonać kolejną górę. To było jedno z pierwszych moich odkryć na single speed, przypomniała mi się ta technika z lat dziecinnych, gdy na składakach jak się chciało gdzieś podjechać trzeba się było po prostu dobrze rozpędzić. Tutaj tak samo! Taktyka sprawdzała się doskonale w falujących przede mną Pirenejach, przy dobrym rozpędzie można było pokonać nawet pół wzniesienia, a resztę dojechać na pełnej sile zanim dopadał mnie brak oddechu i ogień w mięśniach. To był pierwszy dzień jazdy, byłem bardzo świeży i miałem dużo zapału. Pireneje więc zostały zdobyte na hurra! – z rozpędu. Przyszło mi szybko za to zapłacić.

    Po całonocnej jeździe o świcie dojeżdzałem do San Sebastián zrobiwszy 90km, kończąc tym samym pierwszy etap podróży. Cała trasa miała ich wedle mojego podziału 12 – ten był zdecydowanie najkrótszy. Warto tu dodać, że ilość kilometrów, które pokazywał mi serwis Bikemap, zawsze była mniejsza od tych faktycznie przejechanych, które wskazywał licznik na moim rowerze. Działo się tak dlatego, że robiłem sporo extra kilometrów nie będących częścią trasy jeżdżąc na przykład po miastach. Nie byłbym oczywiście sobą, gdybym też parę razy nie zabłądził, raz nawet zrobiłem 20km zanim się zorientowałem, że jadę nie w tą stronę. Klasyk. W mieście zdarza mi się to regularnie. I tak Bikemap szacował długość całej trasy na 3250km, a faktycznie skończyło się na 3965km. Często było też tak, że na mapach teren wyglądał na dość płaski, a w rzeczywistości poukrywane były w nim 10% podjazdy. Tak było w przypadku drugiego etapu z San Sebastián w stronię Biarritz.

     Nie był to wymarzony pierwszy dzień podróży. W uszach Lana Del Rey śpiewała, że she’s got that summertime sadness i ja ten smutek rozumiałem – nie było póki co lata. Przede wszystkim zaczęło z rana padać. Wiadomo, jestem w Krainie Deszczowców, ale w sierpniu? Vamos. Skryłem się na ociekającym wodą przystanku autobusowym we wczesno niedzielnej ciszy baskijskiej wsi myśląc, że nie tak to miało wyglądać. Gdy przestało padać dojechałem w końcu do San Sebastián po drodze nieudanie próbując się gdzieś pod krzakiem przespać. Ale zaczęło znowu padać. Na ulicach pusto, bo to dopiero 7 rano w niedzielę, mokro, nie otworzyli nawet jeszcze kafejek. Poszedłem na zasnutą chmurami plażę. Wiedziałem oczywiście, że tego lata słońca mi na pewno nie zabraknie, nie było mowy żebym w południowej Europie w sierpniu nie opalił się i nie najadł tyle witaminy D ile dusza zapragnie, skoro nawet w Anglii temperatury oscylowały wokół 30C, a to już niemal dla nich rekordy wszechczasów. Ale mimo tego chciałem upałów już teraz! Jednak Kraj Basków rządzi się swoimi prawami i nie było na to rady. Tej nocy spałem na słynnej plaży La Concha nieprzerwanie przez 7h! W takich warunkach to rzadkość, ale chyba byłem zmęczony. W mieście musiałem zostać cały dzień czekając do poniedziałku, a to dlatego, że po 6 tygodniowym pobycie poza Hiszpanią mój mózg zdążył wymazać już informację o PIN karty kredytowej i nastąpiła skucha w grze z bankomatem, który zresztą oszukiwał, bo tam jest chyba tylko do dwóch razy sztuka i już za drugim nauka. Musiałem ten problem rozwiązać, bo tam właśnie znajdowały się pieniądze na całą podróż. W poniedziałek, zupełnie nieoczekiwanie, odblokowanie karty w hiszpańskim banku zajęło mniej niż 5 minut. Szok!

     Tutaj kilka słów o fotografiach. Co to za nieostry aparat? Otóż był to dziś od paru dni już nieżywy Canon 5D Mk II z dwoma nietypowymi obiektywami, 28mm i 50mm, oboma z serii Lensbaby. Są to tanie i lekkie obiektywy-zabawki, które mają niewielkie zastosowanie w fotografii profesjonalnej, są natomiast dobrymi gadżetami urozmaicającymi punkt widzenia. Charakteryzują się wbudowanym rozmazaniem (bokeh) z jednym punktem ostrości, który można zmieniać poruszając sam obiektyw! Przesłonę kontroluje się ręcznie wrzucając na przód obiektywu zaślepki o typowych skalach przesłon zaczynając od 2 a kończąc chyba na 16. Wybrałem je ze względu na lekkość, nie mogłem sobie pozwolić na pro obiektwy, bo już sam aparat mocno mnie obciążał. Lensbaby znałem i używałem już od jakiegoś czasu, ale rzadko. Postanowiłem, że nadam całej podróży spójność używając tylko Lensbabies i stąd taki wygląd wszystkich fotografii. Zdjęcia edytowane były później również w programie Alien Skin Exposure, który specjalizuje się w nadawaniu zdjęciom filmowego wyglądu vintage z ramkami, zabrudzeniami i podobnymi efektami.

     Ruszyłem w stronę Biarritz. Tuż za granicą Francja przywitała mnie po swojemu gwoździem w oponę! Huknęło tak głośno, że nie miałem wątpliwości czyje to koło. Przed podróżą nie byłem, delikatnie mówiąc, ekspertem w zmienianiu dętek. Dzisiaj już tak, podczas podróży zmieniłem ich 17 (siedemnaście!). Pierwszą właśnie na granicy i zajęło mi to 30min. Sporo przy tym było gimnastyki i siarczystych przekleństw, bo Rycerz był jakiś taki niegiętki i się opierał. Szybko okazało się, że już w drugim dniu poddaje się również tylna opona. Pan ze sklepu rowerowego patrząc na wybrzuszenie rzucił c’est dangereux, eh! Musiałem więc wymienić. Następną oponę, tym razem przednią, wymieniałem w 35C upale niedaleko Parmy w Italii parę tygodni później. Podjazdy do Biarritz były jednymi z cięższych w pierwszym tygodniu. Zaczęły się odzywać pierwszy raz ścięgna achillesowe sygnalizując, że w Pirenejach jednak przesadziłem. W Bayonne miałem spać u kogoś z serwisu Warmshowers, ale okazał się to niewypał, moja intuicja kazała mi się wynieść ze śmierdzącego papierosami mieszkania z podejrzanym podpitym mężczyzną, który chciał mój rower zamknąć u siebie w piwnicy, co bym go nie wnosił na 4 piętro. Pomyślałem o tym przez 2 sekundy i zdecydowałem, że rower zostaje ze mną. Z serwisu Warmshowers nigdy więcej już nie skorzystałem, choć na pewno miałem po prostu pecha. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo zaraz na ulicy spotkałem grupkę młodych surferów, którzy podwieźli mnie vanem do hostelu, gdzie co prawda nie było wolnych miejsc, ale korzystając z tego, że przez moment nikogo nie było w recepcji, przemknąłem niepostrzeżenie i zostałem na noc śpiąc ukryty na tarasie, do czego zostałem niejako zmuszony, bo w międzyczasie tak się strasznie rozpadało, że nie było gdzie się podziać. Tak, Biarritz to również Kraj Baksów, tyle że francuski. Nazajutrz ruszyłem wgłąb lądu zahaczając o pamiętne Orthez, gdzie znalazłem schronisko dla pielgrzymów znanego na cały świat szlaku Camino de Santiago. Dziwne to mieszkanko z dwoma pokojami ulokowane było bardzo malowniczo w kamiennym domu, do którego wchodziło się starymi bardzo krętymi schodami przypominającymi te widziane w gotyckich kościołach. Zapukałem. Cisza. Wszedłem i ujrzałem ładne, czyste i zupełnie puste mieszkanie pełniące rolę schroniska. Stało otworem, w środku żywej duszy. Zostałem i czekałem na rozwój wypadków. Po południu weszło do niego dwóch starszych jegomości z wielką księgą. Oni opiekowali się miejscem. Pytali czy jestem pielgrzymem Camino de Santiago. Skłamałem, że owszem, bo tylko tak mogłem zostać. Zapisali mnie, dali książeczkę do wbijania po drodze pieczątek. Bałem się pytania o szczegóły mojej trasy, bo teoretycznie nie miało sensu, że jadę w odwrotnym kierunku. Na szczęście ów jegomość sam mi podał wyjaśnienie na tacy w formie pytania, na które ja tylko przytaknąłem, że oui, c’est ça. A bo ty jedziesz tą trasą rowerową i dopiero tutaj zaczynasz tak? Aha. Spodobało mi się tak bardzo w tym miejscu, że zostałem na półtorej dnia, czwartego dnia podróży robiąc 30h postój ze względu na buntujące się mocno achillesy. Doszły do tego inne lżejsze kontuzje. Stamtąd pomknąłem przez wreszcie słoneczną już Francję w stronę Toulouse, ciesząc spokojną francuską wsią nie tylko oczy, ale również uszy, nie ma bowiem to jak letnie koncerty natury z wiodącą prym wiszącą ciężko w rozgrzanym południowym powietrzu pozorną ciszą. Raz spałem gdzieś na stogu siana, innym razem na parkingu na autostradzie. Kilka razy w czasie całej podróży niestety jakimś cudem lądowałem na autostradach lub drogach szybkiego ruchu. Kolejny klasyk. Stało się tak właśnie na ostatnich kilometrach do Toulouse, gdzie znaki na drodze oraz nierzadkie trąbienia wyraźnie przypominały mi co parę km, że następuje tu absolutny zakaz jazdy rowerem. Wyraz twarzy pracujących na autostradzie robotników gdy przemknąłem im przed nosem – bezcenny. Ale cóż miałem robić? Zawracać też nie było jak, więc 7 dnia podróży stylowo wjechałem do Toulouse drogą ekspresową kończąc tym samym pierwszy tydzień i etap 3 The White Knight Rises.

     Z perspektywy czasu pierwszy tydzień był jednym z mniej ciekawych w całej podróży i jak widać bardzo skąpy fotograficznie. Zaczął się deszczem i ostrymi górami, potem teren zrobił się nieco nudny, za co byłem wdzięczny, bo pojawiły się kontuzje. Poza tym początkowe 3 etapy nie mogły konkurować z tym, co czekało na mnie w następnych tygodniach: Canal du Midi, spotkanie z Morzem Śródziemnomorskim, potem piękne gorące i estetyczne Lazurowe Wybrzeże, wreszcie słoneczna Italia, Lago di Garda, Wenecja…Nie mogłem się doczekać morza! Zapamiętam jednak nocną jazdę i rzucone mi ostia!, zapamiętam też ubranego po zęby w latex francuskiego kolarza, z którym rozmawialiśmy sobie jadąc w upale po wsi francuskiej i który widząc mnie bez koszulki powiedział tu vas bronzer, quoi! (ale się opalisz, co?), na co ja z entuzjazmem odparłem mais oui!!! Jechaliśmy równo ale gdy pojawił się podjazd zostawiłem go daleko w tyle, z tego samego powodu, dla którego usłyszałem ostia! Ja po prostu musiałem jechać szybko pod górę, bo wbrew pozorom tak było mi łatwiej. Przede mną na horyzoncie duża i ładna Toulouse, którą poznałem parę tygodni wcześniej i fantastyczny raj dla cyklistów – wijący się leniwie wśród drzew i pól przez 241km Canal du Midi w gorącej południowej Francji.

c.d.n.

Jeden z ulubionych kawałków w podróży.
Muzyka w podróży: hit!
Lektura w podróży: Ali walczy z Foremanem w 1975. Póki co III runda.
Lektura w podróży: Ali walczy z Foremanem w 1975. Póki co III runda.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>