So I heard you’re a great photographer – tak brzmiał tytuł maila, który otwierałem pewnego majowego dnia w hiszpańskiej Granadzie. Zwykle taka poczta to albo zaproszenie na konkurs, albo do założenia konta w jakimś nowym portalu fotograficznym. Tym razem jednak było to coś o wiele bardziej ekscytującego. The Yacht Week – firma organizująca wakacje na jachtach z bazą w Londynie – zapraszała mnie do współpracy. Jak mnie znaleźli? Nie wiadomo. Dość powiedzieć, że formalności dopełniłem jeszcze tego samego dnia i niecierpliwie czekałem na dalsze instrukcje. 3 miesiące później w Londynie wsiadałem w samolot z destynacją Split! Chorwacja! Minęło ponad 10 lat od naszego pierwszego spotkania.

     O co w tym wszystkim chodzi, what’s the deal? The Yacht Week organizuje tygodniowe wakacje na jachtach w basenie śródziemnomorskim: w Chorwacji, Grecji, Italii, ale również europejską zimą na Wyspach Dziewiczych, a ostatnio też Tajlandii. Razem z łódką wynajmuje się skippera, który wchodzi w skład szerokiej kadry żeglarzy TYW. Zwykle na jachcie płynie do 8 osób i często są to osoby które połowicznie się nie znają. Jeżeli nie masz 7 innych przyjaciół, którzy mają czas, ochotę i pieniądze na wybranie się na taki trip z tobą, musisz się przygotować, że łajbę będziesz dzielił z kimś innym. TYW sprytnie układa ekipy dziewcząt z chłopakami, żeby było ciekawiej. Pływałem na łódkach, na których taki mix jednak wyraźnie nie działał, ale bywało też i odwrotnie. Oprócz skipperów, którzy dodatkowo szkoleni są do letniej pracy na obozach przygotowawczych wiosną, firma wynajmuje także DJ-ów i fotografów, których na szczęście nie szkoli. Co z tego mamy? Tydzień doskonałych wakacji gdzie obowiązki oznaczają albo conocne granie muzyki dla rzeszy dobrze bawiącej się młodzieży, albo robienie im zdjęć. Miewałem zdecydowanie nudniejsze prace.

     Grafik był wbrew pozorom napięty – oprócz dość wczesnych jak na mój gust pobudek i dokumentacji dziennych żeglug, wchodziło weń też fotografowanie nocnych imprez, a w międzyczasie edycja zdjęć. Tutaj mój modus operandi był prosty – fotografuję w pierwszej pół godzinie, a potem, cóż, więcej czasu spędzam na podeście koło budki DJ-ów, chociaż jak się okazuje tańcząc też można robić zdjęcia. Nie jestem fotografem event’owym i tego nie lubię, ale lawirując z aparatem między opalonymi dziewczynami z różnych stron świata, popijając przy tym whisky z lodem, jakoś się do tego zmuszałem! Zdjęcia zresztą potem okazały się nie najwyższych lotów, bo jednak będąc tydzień w trzydziestostopniowej Chorwacji włączył mi się automatycznie tryb wakacyjny. Raz w środku tygodnia otrzymaliśmy pół dnia wolnego. Cała ekipa jechała na jedną z wysepek się relaksować, zacieśniać więzi, i tak dalej, jakby wypity alkohol przez ostatnie 3 dni do tego nie wystarczał. Ja na tą łódkę klasycznie zaspałem w środku dnia. Pierwszy raz w życiu usłyszałem that ship has sailed! w znaczeniu jak najbardziej dosłownym. Zdążyłem się już zmęczyć mocno trybem poprzednich dni, gdzie mało było snu, więc kiedy wreszcie dano mi pół dnia wolnego w przyjemnym hotelu natychmiast zaległem. Po 4h miałem już być z powrotem w klubie na plaży fotografować jedną z ich flagowych imprez. Ale ja ze snem nie walczę nigdy. Zatem spałem dalej. Było gorąco, jestem w Chorwacji, są wakacje! Francuska łączniczka dzwoni do mnie z pytaniem gdzie ja i kiedy przyjdę, bo impreza w toku. A już się zbieram, już zaraz tam będę. Nie oszukujmy się, argumentowałem sobie kładąc głowę z powrotem na poduszkę (popołudniowe drzemki są najlepsze!), jakoś ta bananowa młodzież poradzi sobie 2h bez fotografa, ja tu muszę się wyspać! W dobie osaczających nas zewsząd jak szekspirowski las selfie sticks dadzą radę. Gdy dotarłem tam wreszcie jedna z hostess złapała mnie z uśmiechem i przyprowadziła do stolika VIP. I got him! I got the photographer!! Radości nie było końca. Szybko wyszło na jaw, że najlepiej robić zdjęcia pracownikom TYW – takie otrzymałem instrukcje. Lots of pictures of staff Luc. You gottit! Tą lekcję zachowałem na przyszłość – robisz zdjęcia na event’ie? Rób dużo swojemu szefostwu i ich znajomym, a wszystko będzie dobrze.

 

     Za dnia w zależności od ekipy albo następował ekstensywny chillout i spanie, tak jak u mojej ulubionej załogi siedmiu dziewcząt z Nowej Zelandii, albo picie cynamonowej whisky, jak na jachcie amerykańskim, albo sesje fotograficzne jak u Brazylijczyków, albo żeglowanie topless, jak ostatniego dnia na łódce z siedmioma dziewczynami z Australii. Ah przepraszam, tylko sześć z nich zdecydowało się na tryb au naturel, bo siódmą była nieco nadęta Amerykanka. W jej kraju ciało jest tematem tabu. Zdecydowanie lepiej dogaduję się z Australijczykami. Aby wakacjowicze się nie nudzili, skipperzy pokazywali im różne atrakcje, a to wysepki, a to miasteczka, a to morskie dziwy. Takim hitem właśnie były piękne niebiesko-zielone jaskinie, z których Adriatyk słynie. Gdy dopłynęliśmy do jednej z nich okazało się, że parę innych jachtów wymyśliło sobie lepszą zabawę od nurkowania. Otóż wspinali się oni na okoliczny klif i skakali stamtąd do wody. Z naszej łódczanej perspektywy wyglądał ten klif dość groźnie – wysoki, ale do zrobienia. Pau, mój ulubiony skipper z Majorki, kiwał głową, że już skakał. Byłem wtedy akurat na łódce amerykańskiej, dziewczęta zakładały bikini z jankeskiej flagi, a chłopcy pili Fireball, czyli whiskey cynamonową (polecam). Jak wiadomo od cynamonu zawsze przybywa odwagi to też Amerykanie poszli skakać. Sytuacja była o tyle ciekawa, że gdy raz zdecydowałeś się wyjść z morza i wspiąć na ten klif, nie było odwrotu. Musiałeś skoczyć. Świadkami tej sceny były bowiem 4 inne łodzie i wszyscy cię obserwowali. Nie mogłeś więc zawrócić – jedyną drogą z powrotem do wody był skok z nie wiadomo ilu metrów. Inaczej wstyd! Tymczasem Amerykanie skoczyli z wielkim hukiem. Lecieli trochę jak na mój gust za długo. Obserwując to z łodzi oczywiście też musiałem zmierzyć się z tą decyzją. Skakało ludzi niewielu, ale czy ja mogłem nie być wśród nich? Czy mnie na to stać? Jak zwykle postanowiłem udowodnić sobie, że yes I can. Tak na zasadzie hartowania charakteru i wychodzenia ze strefy komfortu, nie obrastania w piórka, karmienia mózgu i ciała ciągle czymś nowym. Skoczyłem z łódki do wody, podpłynąłem do klifu i wyszedłem na ląd. A point of no return. W tym momencie wiadome było, że trzeba będzie skoczyć, choć klif z nowej perspektywy wydawał się już dużo bardziej stromy. Nic to. Wspinam się obserwując na górze trzech niezdecydowanych młodzieńców. Popadli w znaną puapkę! Znacie to uczucie tuż przed skokiem, tą niepewność, strach. Robienie pół kroku i nie robienie ani kroku dalej. I jeszcze raz. A im dłużej się zastanawiasz, tym mniejsze szanse, że skoczysz. Gdy dotarłem więc na górę, oni nadal tam byli cali niezdecydowani. Popatrzyłem w dół by oszacować odległość. Niepotrzebnie. Jedna myśl mi przyszła tylko w tym momencie, klarowna jak mało która: o ja pierdole! Tak! Był to bardzo bardzo wysoki klif, który z dołu mnie jak zwykle optycznie oszukał. Nawet dziś wspominając to za każdym razem czuję lęk wysokości. It’s fucking high dude! powiedział do mnie jeden z nich widząc wyraz mojej twarzy. It is fucking high in-fucking-deed pomyślałem. Tutaj decyzja musiała być bardzo krótka, albo skaczesz natychmiast, albo będziesz na oczach wszystkich schodził na piechotę z powrotem po klifie, a walk of shame! Can I jump first guys? Patrzą. Sure. Ciao! Lecę, raz, dwa, trzy, lecę, dalej lecę, ale nie mam już powietrza w płucach, hm, no już coraz bliżej, lecę, jeszcze trochę, zamykam oczy, buuuum!!! Uf, udało się. Siniaki na rękach od uderzenia w wodę przypominały mi o bohaterstwie jeszcze przez parę dni. Dobre bardzo długie 4 sekundy w powietrzu, wyżej niż skok do Lago de Atitlan w Gwatemali trzy lata wcześniej. Tamten był prawdziwym i dosłownym zewem natury, któremu się podporządkowałem. W Chorwacji karmiłem raczej ego. Wracam na łódź, wszyscy mi gratulują i pytają jak było. No, cudownie było. Pau mówi mi, że dobrze, że się nam nic nie stało, bo w zeszłym tygodniu chłopak złamał kręgosłup. Dzięki Pau, I like your timinig.

    Dodatkowym bonusem na koniec tego tygodnia był dzień w Dubrovniku! Co to jest za miasto! Stara jego część to zdecydowanie największe moje odkrycie od czasu gdy (dość niedawno) poznałem Budapeszt. Nie wiedziałem, że tam tak pięknie! Siedziba Kings Landing dla fanów The Game Of Thrones, niesamowita architektura w śródziemnomorskim otoczeniu, ze słońcem, morzem, pyszną kuchnią i miastem jak z bajki. Jedynie ceny mocno niepromocyjne, ale cóż, środek lata i dużo turystów z Niemiec robi swoje. Gdy szukałem noclegu na 1 noc najtańszą opcją było zapłacenie €40 za łóżko, które stało w piwnicy-kuchni, to nie był nawet osobny pokój. Próbowałem się targować, ale właściciel powiedział, że jak ja nie wezmę za €40 to za godzinę weźmie ktoś inny. Poza tym jednak Dubrovnik to wielki plus, zdecydowanie jedno z najładniejszych miasteczek Europy, szkoda tylko że w lecie odwiedza go więcej turystów niż ma mieszkańców, ale na to nie ma rady.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>