CANAL DU MIDI

     Drugi tydzień wyprawy należał do zdecydowanej jej czołówki. Ustąpił być może tylko tym spędzonym nad Morzem Śródziemnomorskim. Od początku wiedziałem, że właśnie na francuskim wybrzeżu będę czuł się najlepiej – nic tak nie mówi mi jesteś w domu jak kolejne powroty nad morza lub oceany. Po nieco trudnym pierwszym tygodniu naznaczonym kontuzjami i pogodą w kratkę, drugi tydzień miał mi to wynagrodzić. I nie stało się inaczej. Wreszcie słońce i jazda daleko od asfaltowych dróg pełnych samochodów. O Canal du Midi wiedziałem bardzo mało. No i co? Bomba w torcie! Okazało się, że 241km odcinek malowniczej trasy biegnący wzdłuż kanału między Toulouse a Narbonne nie jest niczym innym niż rajem dla rowerzystów! Przez zielone wrota Toulouse dostałem się do krainy czarów, o której marzy każdy cyklista. Wijącemu się pośrodku zielonobrązowemu jęzorowi rzeki towarzyszyły po obu stronach trasy lekkie i przyjemne, czasem w słońcu, często w bardzo mile widzianym w sierpniu cieniu drzew tatuujących ścieżki pod kołami, ale nigdy w deszczu czy chłodzie.

     Canal du Midi łączący La Garonne z Morzem Śródziemnym w XVII w. uznany został za jedno z największych osiągnięć inżynierii tamtego stulecia. Dziś nadal spełnia swą funkcję praktyczną, ale i nie mniejsza jest jego zasługa jako terenu, gdzie naród francuski odpoczywa. Czy można sobie wyobrazić większy relaks niż wakacje na leniwie płynącej w upale barce? Chciałbym wrócić tam kiedyś w takiej właśnie roli. W przyszłym wcieleniu chciałbym być drewnianą barką pływającą po kanale w południowej Francji. Kanał to również miejsce ludzi aktywnych, piechurów, kampingowców, rowerzystów i kajakarzy. Już pierwszego dnia zapoznałem się z tymi ostatnimi. Długonose sekstety lub oktawy sunęły po tafli wody z rytmicznym szuuuus przerywanym krótkimi oddechami wioślarzy. Harmonijnie się to wszystko komponowało z otoczeniem, mogłem słuchać tego siedząc nad wodą o każdej porze dnia. Aż pewnego razu wśród ogólnej sielanki i przyjemnego bzyczenia owadów, w samo rozpalone do białości południe, z daleka posłyszałem obce rzężące dźwięki. One, two, three, coooome ooon team!, faaa-ster! One, two,… Mais c’est pas posible! Czyżby oni znowu tu? Goddamn. Nie kto inny. Amerykanie! Przyjechali tu trenować, tak jak wiele innych profesjonalnych ekip, ale jako jedyni jak zawsze brali to wszystko za bardzo na serio. Ah ta ich wiecznie uniesiona w powietrzu ręka prymusa – to ten typ ucznia. My też znamy odpowiedź, ale. No i cała filozofia bycia numerem jeden lśniła teraz w słońcu na ich smukłych kajakach polerowanych co i rusz nową falą. Używając ulubionej amerykańskiej terminologii (jeżeli pracujecie w amerykańskich korporacjach wiecie o czym mówię): they were really pushing themselves forward. Dosłownie. I to faktycznie działa. A jednak za każdym razem gdy ich widzę w swoim motywacyjnym transie, a tym bardziej w kontraście do dostojnej, opanowanej i tym razem rozleniwionej latem Europy, uśmiecham się uśmiechem Joker’a i pytam why so serious?

     Czas nad Kanałem Południowym miał być czasem regeneracji, chilloutu nad wodą, czyli letnim relaksem. I takim też był. Spałem wygodnie i spokojnie w miękkiej trawie, paliłem ogniska gdzie nie koniecznie, leżałem dużo pod drzewami masując achillesy, kolana i łydki, jadłem pyszne francuskie melony na śniadanie, a jechałem spokojnie, obczajając po drodze urokliwe miasta jak Carcassone czy Castelnaudary. W międzyczasie Muhammad Ali pokonał Frasiera w 8 rundzie. The Fight was over. Na końcu tego tygodnia w nadmorskim Narbonne czekała na mnie Violaine!, która przyjechała mnie odwiedzić aż z domu z gór Midi-Pyreneés. Wróciliśmy nad Canal du Midi, którego Violaine nie znała, i spędziliśmy tam chillowy weekend. Dwa dni bez jazdy, drugi postój w ciągu 14 dni.  Tydzień 2/7 w podróży The White Knight Rises wchodził w skład czwartego etapu Toulouse-Montpellier i był najkrótszy. Licznik pokazał tylko 376km, z najniższą ze wszystkich tygodni średnią 75km/dzień jazdy (bez postojów). Wtedy mój dzienny rekord nie przekroczył jeszcze ani razu 100km. Przede mną to, co najlepsze. Plaże i miasta ciągnącego się przez niemal 1000km wspaniałego wybrzeża z Narbonne w południowej Francji do Genui w północnej Italii. Na ten kawałek trasy czekałem najbardziej.

 c.d.n.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *