W STRONĘ MARSYLII 

     Jeżeli dotarcie do Canal du Midi było swoistym czyśćcem, czasem na zwolnienie i zmycie brudów pierwszego tygodnia, o tyle kontynuacja jazdy w trzecim etapie nie była niczym innym niż przedsionkiem raju. Oto rozpoczynał się najlepszy etap podróży, część o której myślałem najczęściej gdy planowałem trip. Śmiało mogę powiedzieć, że gdyby nie możliwość pojechania niemal 1000km po wybrzeżu Morza Śródziemnego, Biały Rycerz być może nigdy by nie powstał, ale patrząc na mapę jeszcze w Kraju Basków to właśnie na tym odcinku zawsze najdłużej zatrzymywałem wzrok. Dotarłem! Pogoda była idealna, opalenizna rosła, tak jak rosła i pękała również tradycyjnie dolna warga od nieustannego biczowania parzącym słońcem i słoną morską wodą. Ciężko było jeść. Nos był czerwony. Włosy bielały. Dętki się wesoło przebijały, a ja jechałem dalej wypatrując morza.

      Na początku tygodnia minus w postaci opuszczenia Violaine. Trzy leniwe dni nad Canal du Midi w ciszy, spokoju i ogólnym bienestar rozleniwiły. Weekend się skończył, Violaine ruszała na północ w stronę domu, nie wiedząc jeszcze że utknie tego dnia w 5h korku na miarę tego z opowiadania La Autopista del Sur Cortazara, ja natomiast zostałem znowu sam z rowerem i jakimiś 3 000 km do przebycia. Nie powiem, pierwsze 50km tego dnia były bardzo ciężkie. Zastanawiałem się czy to te podjazdy, nowo założone kostki hamulcowe, czy może jeszcze coś innego ciągnęło mnie w dół. Na szczęście umówiliśmy się na kolejne rednezvous za tydzień za Marsylią – to był bowiem cel trzeciego tygodnia, a piątego etapu, który rozpoczynał się w Montpellier i który wg bikemap miał liczyć sobie 191km, ale który liczył sobie ich tradycyjnie już dużo więcej, bo ponad 300.

     Zanim dotarłem do znanego mi już z wcześniejszej autostopowej podróży (2004) Montpellier, pierwsze dni spędziłem na terenie Réserve de Biosphère Camargue, a dokładnie we wdzięcznie brzmiącej miejscowości Les-Saintes-Maries-De-La-Mer. To tam wybiło na mym liczniku pierwsze 1000km podróży i to tutaj padł kolejny rekord trasy: 120km/dzień! Teoretycznie więc 25% miałem już za sobą. Maryjki z morza nie były jednak bardzo gościnne. Gdy zacząło się ściemniać z przyjemnością udałem się na plażę w poszukiwaniu noclegu. Wreszcie! – myślałem – będę spał na plaży. Ostatni raz robiłem to w San Sebastián dwa tygodnie wcześniej. Szybko jednak okazało się, że na plaży nocują też komary. Hordy komarów, które solidnie mnie tamtej nocy zmasakrowały. Ten typ noclegu gdy śpisz cały w śpiworze. Myślałem, że wiatr znad morza je usunie. Nic z tego. Rano obudziełm się z jednym okiem i pół. Drugie pół zasłaniała opuchnięta brew. Wow, tego się nie spodziewałem. Sympatyczne zwierzaki nic sobie nie robiły z tzw anty-komarów europejskich. Pomógłby chyba tylko tropikalny deet. Gdy się poskarżyłem Violaine na to jak traktuje mnie jej kraj, roześmiała się tylko mówiąc Luc, przecież wszyscy w całej Francji wiedzą, że w Réserve Camargue mieszkają najbardziej złośliwe komary, na które nic nie działa. Chyba nie spałeś na plaży?

      I dlatego czasem warto czytać przewodniki. Po tej nocy kupiłem sobie inny anytkomar, ale też nie bardzo działał. Za dnia jednak było fenomenalnie, moje cienkie opony o dziwo dawały radę po szutrowych drogach, tak jak nad Canal du Midi, a ja w dzień trzymałem się oczywiście wybrzeża robiąc chillout na plaży nudystów, oglądając kitesurferów i odwiedzając nawet latarnie-muzea po drodze. Wszystko to w słońcu, ale z przyjemnymi chmurami. Pustynii nie było. Montpellier ominąłem szerokim łukiem chcąc uniknąć kłopotu spania w dużym mieście. A że znałem je dobrze wcześniej – kojarzy się z tym historia o gościnności Francuzów, którą zostawię na później – to nie żałowałem. Ruszyłem w stronę Marsylii nocując jeszcze po drodze na wysokim klifie w pięknej małej miejscowości Carro, w której za dnia urządziłem sobie potężny chillout. Tam to na plaży gdy oglądałem mapę – taką prawdziwą papierową mapę, co szeleści i drze się na wietrze, bo jeszcze nie używam GPSu – podeszedła do mnie zaciekawiona sceną młoda para Francuzów, wypytali co i jak, naprawdę jeden bieg?, ah quelle liberté, życzyli powodzenia i bon courage. Bardzo to krzepiące, że ludzie jeszcze czasem się odklejają od telefonów i ta ciekawość innego człowieka jednak w ludziach dalej jest. Scenka zapadła mi w pamięć, tak samo jak ta z Italii jakiś czas później, gdy kelnerka niosąca mi poranną kawę o 7 nad ranem powiedziała na odchodne miłym głosem buona giornata e buon giro caro. Od razu wiadomo było, że będzie to dobry dzień. Yes, it was official now, I was in heaven, no doubt about it.

(mój przesadzony francuski)

     Do Marsylii wpadłem z hukiem, ale od strony morza, unikając szybkich i tłocznych dróg, kręcąc się i wijąc za to wokół asfaltowych jęzorów zdobiących wybrzeże. Byłem ciekawy tego miasta i nie zawiodłem się! Duże, kolorowe, opalone, huczne i brudne. Marsylia dała rade. Dziewczęta bardzo również to miasto ma urodziwe! W jednym ze sklepów, do których rzadko wchodziłem, bo zostawianie roweru z całym bagażem nawet na 15min, zwłaszcza mieście o takiej sławie jak Marsylia, było raczej ryzykowne, wyczaiłem nagle czapkę z napisem 71 Riding The Legend. Oczywiście tekst z typu random, ale nie dla mnie! 71 – kod Wrocławia (aha!), no i riding the legend, jechanie na legendzie, rycerz, biały rycerz, legendary trip i tak dalej. Jednym słowem kupiłem od razu! Czapkę mam do dziś, nawet noszę ją pisząc ten tekst, ale wygląda teraz ona na bardzo zmęczoną słońcem. Dwa lata w pełnym słońcu. Dodatkowo w Marsylii odebrałem wiadomość, że ponownie wygrałem konkurs Leica Street Photo! I pytanie od organizatorów czy mam zwycięskie zdjęcie w wysokiej rozdzielczości, bo jak nie, nagrodę cofną. Mam dwa dni na przesłanie. Cudem jakimś miałem dysk, na którym było to zdjęcie, więc nocą tuż przed wyjazdem z Marseille im je wysłałem. Score!

     Marsylia bardzo dobra, ale nie mogłem się nią nacieszyć, bo zdecydowałem, że nie będę tam spał. Miasto z tych niebezpiecznych, w każdym parku czai się zło, a ja miałem jeszcze trochę siły, więc przed siebie. O 22 ruszyłem w stronę Cassis – pięknej i znanej w całej Francji letniej miejscowości. Wspomniałem już, że nie używałem internetu prawie, tylko mapy tradycyjne i pytałem o drogę ludzi. I w Marsylii właśnie kolejny raz przekonałem się, że to nie zawsze jest dobre. Pytałem wszystkich gdzie jest droga na Cassis. Dostawałem różne wersje. Krążyłem, robiłem kilometry, wracałem w to samo miejsce by ktoś inny mi powiedział, że nie, że to w drugą stronę. Takie Luc’owe klasyki, ja potrafię się zgubić dosłownie wszędzie, nawet we Wrocławiu. Wystarczy skręcić źle w jedną ulicę i już jest po mnie. Po 2h krążenia po mieście (tak) dotarłem do oazy współczesnych podróżników – restauracji…McDonald’s. Oczywiście nie po to by coś tam zjeść, potencjalne zatrucie nie było w planach, ale by zassać internet i na mojej BlackBerry wtedy jeszcze starać się wygooglować mapę i zobaczyć what the fuck is going on! Cassis się ukrył. W międzyczasie niepotrzebnie zapytałem ochroniarza i zaczęło się…Ale gdzie ty będziesz jechał przez tą dzielnicę, człowieku, w sobotę w nocy tam jest gansterka, pas possible, trés dangeraux i tak dalej. No dobrze, ale czy możesz mi pokazać kierunek. Zawołał drugiego i że popatrz, ce garçon (wciąż garçon) chce jechać w stronę Cassis przez tą dzielnicę, a drugi lament, że nie dojedziesz, że daleko, góry, sobotnia noc najgorzej, bandyci, bandyci, zostań tutaj, hotele już za €50 w okolicy…Połknąłem spory kawałek powietrza. Wypuściłem je po cichu nosem i zapytałem jeszcze raz messieurs, es que vous me pouvez montrer cette route? C’est oú exactement? W końcu się poddali, pokazali mi drogę kiwając głowami, czekałem aż zrobią znak krzyża. Na marginesie mówiąc podczas całej podróży często bawiło mnie gdy pytani o drogę przez mnie ludzie mówili mi, że to jest bardzo daleko. A potem ja im mówiłem, że jadę do Polski. Tymczasem w ogródku McDonald’s ważyły się losy kolejnych godzin. Okazało się, że ci…mężczyźni…też się mylili! W końcu sam przy pomocy BlackBerry oraz potem map na przystankach autobusowych jakoś odgadłem kierunek. Żadnej niebezpiecznej dzielnicy po drodze nie widziałem. Co do jednego mieli jednak rację – takich podjazdów jak od Marsylii do Cassis w całej podróży było bardzo mało. Zdecydowanie Top5 najtrudniejszych odcinków całej trasy.

     Ja o tym nie wiedziałem, ale szybko się przekonałem. Morderczy i mozolny podjazd trwał 1.5h.  Znowu na ratunek przyszedł motywujący album Stic – Work Out. Jak się człowiek wsłucha w tekst i w to wszystko uwierzy (who am I? I am the champion! who am I?!? I am the champion!!!) można przenosić góry. Poważnie. Było bardzo cieżko, ale dotarłem w końcu do Cassis gdzie następnego dnia przyjeżdżała Violaine! Tymczasem zjechałem do miasta i najlepszym miejscem, które znalazłem na noc była…latarnia morska. Tam zasnąłem na twardych kamieniach, ale nie miało to znaczenia, bo pomimo zaledwie 100km tego dnia moje uda czuły jakby zrobiły co najmniej dwa razy tyle. Był to jeden z tych etapów, gdzie pod koniec wyobrażałem sobie zasoby energii tak jak widzę je na komputerze i tej nocy dioda świeciła już od dłuższego czasu na czerwono – energy very low (5%) recharge battery now! Rano obudził mnie rybak tuż przed wschodem słońca. Budząc się przy dźwiękach chlupiącego o kamienie morza, patrząc na spokojnie łowiącego ryby mężczyznę, potem na wschód i myśląc o kolejnych 3 dniach z Violaine, bez jazdy, ponownie stało się jasne, że jestem w raju. O to właśnie chodziło. O takich momentach myślałem idąc w deszczu w Kraju Basków, gdy pierwszy raz zaświtał mi do głowy pomysł na The White Knight Rises. Et voilà!

  W Cassis nastąpiły trzy dni chilloutu z ragazzą pośród tłumów ludzi. Nie było parawaningu – podobno nowa moda nad polskim morzem, ale jaka nowa? było tak od zawsze chyba – bo wiele wybrzeża Cassis to potężne skały, na których wygrzać można się nie gorzej niż robiące to samo w sąsiedztwie jaszczurki. Plaże zapchane. Ceny wysokie, ale miasteczko bardzo urocze, pyszne śniadania, croissants et cafe au lait, słońce, morze i wiatr, lody, noce w porcie, zapach opalonej skóry, gwiazdy, świerszcze, pełnia księżyca i tego typu rzeczy. O to chodziło. Allelujah! Do tego jeszcze widoczny z klifów Parc National des Calanques – fantastyczne formacje skalne jakich nie ma nigdzie indziej w Europie.

      Niestety i ten weekend się skończył i trzeba było znowu ruszyć. Ale wypoczęty i gotowy na kontynuację wybrzeżowego freestyle’u. W tygodniu trzecim padł kolejny rekord dziennej trasy (120km), łącznie zrobiłem niewiele ponad 400km dzięki 3 dniom postoju w Cassis. Miał być plażowy relax i chillout mocny w istocie nastąpił, ale też sporo podjazdów, lekkich kontuzji i upałów. W czwartym tygodniu, tak jak w każdym następnym, pracowałem mocniej i za każdym razem jadłem coraz więcej kilometrów. W przeciągu następnych 7 dni miałem porzucić słodką Francję i zawitać do słonecznej Italii! Violaine wytłumaczyła mi, że o ile kawałek wybrzeża między Narbonne i Marsylią jest dla klasy średniej i plebsu, mówiła to oczywiście z przekąsem, o tyle od Cassis wkraczałem już na luksusowe wody Wybrzeża Lazurowego. Na horyzoncie majaczyło ociekające zbytkiem Saint-Tropez, a dalej Cannes i Nice. Francuska Riviera elo!

c.d.n.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>