Wrzesień. Wczesna ciepła jesień. Gdzie jestem? W środku bieszczadzkiego lasu. Przed chwilą zaczął padać deszcz. Siedzę w aucie stojącym na błotnym placu, do którego prowadzi dziwna bardzo, ni to leśna, ni to piaszczysto-asfaltowa nieoznaczona droga. Z radia do niedawna płynęły przyjemne dźwięki.

     Jest taki rodzaj ludzi, którzy mają naturalną umiejętność pakowania się w kłopoty; bezmyślność – dosłownie – a to znowu przesadny optymizm są najczęściej powodami takiej sytuacji. Broń to obosieczna, często bowiem dzięki takiej postawie idzie i widzi się dalej, bez ryzyka jest nudno, wiadomo, często dopisuje szczęście. Ale nierzadko też grzęźnie się w błocie. Ja – należąc od lat już do wspomnianej grupy – właśnie ugrzęzłem w błocie pośrodku bieszczadzkiej głuszy. W zasadzie nie ja lecz stary amerykański Ford, który pożyczyłem od przyjaciela. Ford ten zresztą miał być dostarczycielem dalszych niespodzianek, ale też już kilka zdążył mieć na koncie, mimo że był to dopiero pierwszy dzień wojaży. Parę godzin wcześniej, w bardzo długiej nocnej drodze z Wrocławia do Rzeszowa, zacząłem podejrzewać go o usterkę wskaźnika paliwa, bo tenże od F(ull) do 0 szedł jak (pustynna) burza. Jak na prawdziwego Amerykanina przystało dwulitrowy stary Ford łakomie ssał olej niczym jego pobratymcy na Bliskim Wschodzie. Ja co prawda nie należę do ekonomicznych, cierpliwych kierowców trzymających całą trasę 70km/h, na autostradzie gaz wciśnięty był w podłogę, ale jednak tak dynamicznych ruchów wskazówki się nie spodziewałem.

     Wracając do auta w bagnie. Otóż wszystko szło dobrze, zrobiłem pierwszy dłuższy postój na napisanie czegoś, paląc przy tym swobodnie i ciesząc się na widok nadchodzącego zmroku. A wraz z nim mglistej mżawki. Wziąłem aparat, wysiadłem, robiłem zdjęcia, filmy, i dopiero gdy skierowałem kamerę na tylne światła auta zauważyłem, że się palą. Na początku ucieszył mnie przyjemny kontrast czerwonych latarni z zimnoniebieskim tłem skradającego się od strony lasu wieczoru, ale szybko zdałem sobie sprawę, że to nie jest dobra wiadomość. Dwudziestokilkuminutowy postój + radio + wycieraczki + stary samochód – dodałem szybko w głowie i zrozumiałem swój błąd. Nie mogło być inaczej, choć mimo to z nikłą nadzieją starałem się odpalić Forda. Nic z tego. Akumulator – ciao! Szybko dotarło do mnie, że sytuacja jest z tych bardziej po stronie minusa. Ściemniało się, padał deszcz. Drzewa otaczające mnie nagle jakby urosły, placyk się skurczył i zaczął rozmiękać przypominając ruchome piaski. Próbowałem ręcznie zmienić położenie samochodu…Zaraz za placem droga szła w dół aż do samego końca. Miałem nadzieję, że takim sposobem znowu mi się uda, w najgorszym wypadku stoczyłbym się po prostu do tej asfaltowej drogi, ale za nic nie mogłem w pojedynkę z błota wypchnąć tego ciężkiego bydlaka. Szybka decyzja – bieg na dół do tej małej drogi, z której zjechałem. Wiedziałem, że jechałem autem co najmniej 15min, czyli marszem ok 40-50min. Biegłem. Było pięknie w głuszy ale też trochę straszno. W lesie czaiły się niby niedźwiedzie i wilki. Padało. Latarka w ręce. Dotarłem na dół już w zupełnej ciemności; mokry. Pierwszy samochód z kobietą za kierownicą się nie zatrzymał. Drugi tak. Czterech mężczyzn wracających z roboty po 12h, nie bardzo im się chciało ale podrzucili mnie do noclegowni, która wyglądała jak melina. Tam najpierw chcieli mnie przekonać żebym wykupił nocleg i poczekał do rana, ale ja wolałbym spać już w lesie. W końcu namówiłem owych rodaków, którzy jak się okazało pracowali przy wyrębie, żeby mi jednak pomogli; w sumie okazali się sympatyczni po pierwszym złym wrażeniu jakie zrobił na nich mój zdecydowanie zbyt kolorowy jak na polskie warunki ubiór – widać że byłem miastowy, albo co gorsza jeszcze niekrajowy. Musimy go zawieść teraz – stwierdził w końcu jeden – bo jutro z tego auta już nic tam nie zostanie. Słucham? No przecież jutro rano to zostanie już tylko karoseria na cegłówkach. Nie miałem pojęcia o czym mówi. Aż tak źle? Zapytałem nie wiedząc o co pytam. A no pewnie, kradną co się da. Kradną? W środku lasu? A pewnie, śmieją się. Skąd niby ktoś miałby wiedzieć, że zepsuł mi się samochód w środku lasu? W odpowiedzi śmiech. Nic to. A jak nie – kontynuował tamten – to się do niego niedźwiedź dobierze. Masz tam jedzenie jakieś? Po paru minutach rozważań pojechaliśmy autem 4×4, ale jeszcze przy wsiadaniu właściciel zadał mi odwieczne, a jakże kluczowe pytanie: Canon czy Nikon? (wcześniej rozmowa była, że jestem fotografem, bo oczywiście pytali po co tam w ogóle jechałeś? Przecież tam nikt nie jeździ…). Skoro wymienił Canona pierwszego w swoim pytaniu założyłem, że jest posiadaczem tegoż i powiedziałem Canon! Do przerwy 1:0. Test zdałem i za chwilę byliśmy już w drodze. Zaczepiliśmy auto i, tak jak sądziłem, po kilkunastu metrach odpaliło. Podziękowałem i pojechałem niepewnie do Ustrzyk Dolnych, gdzie zapolowałem na nocleg w przyjemnym hoteliku za 40PLN. Byłem szczęśliwy, że tak to się skończyło. Położyłem (przed sobą) bieszczadzki żur i piwo i o wszystkim zapomniałem. Tak to przywitały mnie Bieszczady.

 

      Skąd w ogóle pomysł na Bieszczady? Po skwarze i zgiełku Ameryki Łacińskiej zatęskniłem za polskimi górami i ich ciszą. Wtedy narodził się właśnie pomysł Bieszczadów na wczesną wrześniową jesień; góry te były ostatnią dużą białą plamą na mapie moich podróży po ojczyźnie. Region Polski, który przed wojną zamieszkiwało ponad 800 000 ludzi, dziś, po perturbacjach powojennych, jest zaludniony skąpo. Ogółem do roku 1947 z Bieszczadów wysiedlono niemal 40 tys. ludzi; a wiele padło wcześniej ofiarą walk z ukraińską partyzantką UPA. Ich dobytek pozostał na miejscu, a Bieszczady opustoszały na lata. W okresie PRL-u przyjeżdżali tu outsiderzy z całej Polski szukając spokoju, ciszy i odosobnienia. W tych latach utrwalił się między innymi dzięki książkom Edwarda Stachury mit ludzi z Bieszczad – twardych, niepokornych, żyjących po swojemu. Po krwawych mordach UPA i wysiedleniach natura przejęła wiele opuszczonych wsi, zatarła szlaki, tworząc Bieszczady górami dzikimi i nieprzystępnymi. Dziś sytuacja wygląda nieco inaczej. W lecie nie brakuje tu turystów, szkolnych wycieczek, a nawet gości zagranicznych. Rozwija się też turystyczna infrastruktura oraz autobusowe połączenia. Nadal jednak najlepiej w Bieszczady przyjechać własnym samochodem, bo daje to największą niezależność. W przeciwnym razie skazani jesteśmy na zawodny i nieczęsty poza sezonem PKS lub autostop, który swoją drogą działa tu bez zarzutów. Kierowcy, znając niełatwą sytuację z transportem, chętnie podwożą rozsypanych po szosach podróżników.

     Pierwszym moim przystankiem w Bieszczadach są Ustrzyki Dolne, gdzie baza turystyczna jest dobrze rozwinięta i skąd można wyruszyć w niższe partie gór. Chrzest z Bieszczadami ma miejsce na szlaku niebieskim z Ustrzyk Dolnych przez Równię, gdzie znajduje się jedna z najpiękniejszych drewnianych cerkwi w polskich Bieszczadach, dawna grekokatolicka pw. Opieki MB (XVIII w), do miejscowości Żłobek. Stamtąd łapię stopa z powrotem do Ustrzyk Dolnych. Podczas krótkiej jazdy ze starszą parą dowiaduję się przede wszystkim, że niemądrze jest chodzić samemu po górach, w których nie brakuje niedźwiedzi i wilków. Zwłaszcza po zmroku! Kierowca z małżonką w przeciągu paru minut jednym niemal tchem wymieniają historie o spotkaniach ludzi z niedźwiedziami. Wilki, mówił, ludzi się raczej boją, ale nigdy nie wiadomo. Najsłynniejszy w ostatnich latach jest przypadek fotografa, który chciał sfotografować niedźwiedzicę z małymi w gawrze, a skończył z ponad 140 szwami na całym ciele Było w telewizji parę lat temu, nie widział pan? – mówi mi. Nie oglądam, ale jak było w tv to poważna sprawa. Pan też fotograf widzę – mówi do mnie kierowca – także bym uważał, nie wiem co pan fotografuje, krajobrazy czy zwierzęta, ale ja bym sam nocą po górach nie chodził. Tak się jednak składa, że przyjechałem tu sam i nie mam wyboru, a chcąc robić zdjęcia zachodu słońca na górskich szczytach skazany jestem na powroty po zmroku. To trochę jak ten barman w Pirenejach 12 miesięcy później, który powiedział mi, że nie ma co „pchać” się w góry teraz, bo właśnie spadło dużo śniegu…

     Z Ustrzyk Dolnych o świcie ruszam malowniczą drogą w stronę Ustrzyk Górnych, czyli najwyższych partii Bieszczadów, skąd prowadzi wiele szlaków na najwyższe szczyty tych gór. Ostatnie dwie noce spędzone w aucie, a wczorajsza w PTTK – schronisko tanie (17pln) ale z pijaną młodzieżą w 20 łóżkowym dormitorio jako bonusem – jednemu bardzo upojonemu zuchowi głośno konwersującemu z kolegami, zapewne dopiero odkrywającemu uroki wycieczek bez rodziców, ale za to z krajową wódką, musiałem w krótkich acz dobitnych słowach wyjaśnić dlaczego nie powinien mi świecić latarką po oczach. Zrozumiał. Rano z Wetliny ruszyłem autem w stronę Ustrzyk Górnych licząc na takie poranne zdjęcia jak drugiego dnia; ale bez większego szczęścia. Poprzedniego dnia za to poranek był mocny. Między innymi autobus w porannej mgle na lokalnym przystanku. Niestety spóźniłem się i nie sfotografowałem ludzi wsiadających z przystanku, ale to właśnie ta dwójka czekająca tam w gęstej mgle, ze słońcem z tyłu oświetlającym to wszystko, zwróciła moją uwagę. A była godzina może 7 rano. Zatrzymałem auto więc w pośpiechu na poboczu. Kiedy przygotowywałem aparat nadjechał bus, szybko się załadował i ruszył dalej, a mi wysiadła bateria. Klasyk. Skląłem przyjaźnie aparat po czym zacząłem szybko wymieniać baterię, choć autobus był już ruszył i było w zasadzie po wszystkim. Spóźniłem się 3 sekundy. Są to momenty tym bardziej frustrujące jeśli wie się, że to był(by) hit, czyli być może to jedno najlepsze zdjęcie z całej wyprawy. Zdarzało mi się to już kilkakrotnie – nigdy nie zapomnę zdjęcia, którego nie zrobiłem w Kornwalii – stado kucy skrzących się w świetle zachodzącego słońca. Zabrakło właśnie owych 3 sekund. Ale oto nagle wychynąłem zza bagażnika i…jest drugi autobus! Kto by pomyślał! Na takim odludziu. Tak jakby ktoś specjalnie dał mi jeszcze jedną szansę! Zrobiłem szybko więc z 7 klatek z czego 2 wyszły całkiem dobre. Choć bez ludzi, którzy odjechali w pierwszym autobusie.

      Na kolejny nocleg znalazłem całkiem przyjemny Hotel Górski – lekki hardcore a’la lata 90; ale mam pokoik z tarasem w drewnianym domku za jedyne 30PLN/noc + śniadanie. Wczoraj zdobyłem Tarnicę i Halicz – najwyższe szczyty polskich Bieszczadów. Ok 6h na Tarnicę (1306) i Halicz a potem przełęczą z powrotem do Wołosatego. Na początku było bardzo słonecznie, na pewno jakieś 25C, a potem dla kontrastu w prezencie dostałem mgły i wiatr (wciąż słońce) i to było idealne na zdjęcia, które jak wiadomo w słońcu wychodzą mocniej, czyli słabiej. Dzisiaj chyba Mała i Wielka Rawka i jeszcze dotarcie do Chatki Puchatka, czyli schroniska PTTK na Połoninie Wetlińskiej, tam noc i wreszczie po raz pierwszy robienie zdjęć wschodu słońca w górach tutaj, bo coś nie mogę się do tego zmusić. Na wschody wstawałem już wiele razy, ale nie w wysokich partiach gór. Wykombinowałem, że jak już będę na górze, w schronisku, trudno będzie nie wstać. I może wreszcie będę miał zdjęcia gór pokrytych mgłą. Bo takich mi jeszcze brakuje.

      Rozpoczynam od zachodu słońca na podziwianej wcześniej tylko na zdjęciach połoninie Wetlińskiej i znowu wracam do najbliższej miejscowości, Wetliny, dwie godziny lasem nocą. Latarka bardzo się przydaje. Po zobaczeniu zdjęć z zachodu upewniam się, że warto jednak ryzykować, mimo że zasłyszane historie o niedźwiedziach, na których odgłosy przedzierania się przez krzaki instynktownie cały czas (niepotrzebnie) czekałem w natężeniu, sprawiały że czułem się nieswojo. Nic podobnego jednak miejsca nie miało. Po połoninie Wetlińskiej, piękniejącej z każdym tygodniem, by na przełomie października i listopada osiągnąć szczyt swoich kolorystycznych możliwości, przyszedł czas na pobliski szczyt Smerek, skąd rozciąga się fantastyczna panorama na dach Bieszczadów. Napiszę teraz tak jak w przewodnikach: zachód słońca podziwiany z tego szczytu powinien być punktem obowiązkowym każdej wyprawy w te piękne góry. Następnego dnia idę na najwyższy szczyt polskich Bieszczadów – Tarnicę (1346 m.n.p.m). Kolejnego dnia podejmuję ambitny plan: postanawiam ruszyć z Ustrzyk Górnych, wspiąć się na Wielką (1304 m.n.p.m) i Małą Rawkę (1272 m.n.p.m), a następnie pójść zielonym szlakiem grzbietem Działu aż do Wetliny. Ten odcinek to około 21km. Według mojego przewodnika trasa ta zabierze mi siedem godzin. Przechodzę ją w pięć, ale nie jest to koniec mojej wędrówki tego dnia. Dotarłszy do Wetliny idę szosą kolejne 6km pod górę do przełęczy Wyżna i stamtąd wspinam się ponownie na Połoninę Wetlińską tak, by zdążyć do legendarnego schroniska Chatka Puchatka jeszcze przed zachodem. Udaje się i do schroniska PTTK docieram na jakieś 15 min przed końcem dnia, mając jeszcze czas na zrobienie zdjęć. Słońce tym razem jednak tuż przed zniknięciem za górski horyzont kryje się w bardzo obfitej mgle grając ze mną w chowanego. Tego dnia przeszedłem 35km z 20kg plecakiem, w którym niosłem m.i. cały sprzęt fotograficzny ze statywem włącznie. Statywu tradycyjnie nie użyłem praktycznie ani razu.

    Następny dzień nie był wiele łatwiejszy. Pobudka przed 6 by złapać wschód słońca, a następnie ostre zejście z Połoniny Wetlińskiej i równie strome podejście na przepiękną Połoninę Caryńską, gdzie docieram dopiero w samo południe. W ciągu 2 dni zrobiłem chyba z 50km i dziś miałem powtórkę z Tayrony w Kolumbii – bez śniadania acz tym razem z wodą wspinałem się na Połoninę Caryńską zmęczony 35km z poprzedniego dnia. Caryńska nie wydaje się jakimś przesadnie ambitnym wyzwaniem, a mimo to było bardzo ciężko. Tyle dobrego, że miałem tym razem wodę, choć pociłem się jak w dżungli i tak jak w Kolumbii robiłem przystanki co 200m na tym podejściu. Śniadanie najważniejszym posiłkiem dnia – nie kłamali. Wszystko przez ten 20kg plecak, który rok później zatargałem też do Picos de Europa, tyle że tym razem zmniejszyłem ciężar już o połowę. Byłem bardzo szczęśliwy zatoczywszy pętlę, dobiwszy do Ustrzyk Dolnych, zjadłem wreszcie obiad – oczywiście bieszczadzki żur i pierogi! – a potem złapałem stopa z powrotem auta.

     Mimo, że jest wtorek, na szlakach nadal pełno turystów! Szczerze mówiąc miałem nadzieję, że o tej porze w Bieszczadach będzie puściej, ale najwyraźniej reszta Polski też już od dawna wie, że w Bieszczady warto przyjeżdżać przede wszystkim jesienią, kiedy lasy zamieniają kolor zielony na odcienie czerwieni, żółci i brązu. Na razie jednak dominuje tu kolor ciemnozielony, bo jest dopiero połowa września, ale już za około 3-4 tygodnie Bieszczadami zawładnie złota polska jesień i wtedy właśnie najlepiej te góry odwiedzać, choć temperatury na pewno nie będą tak łaskawe jak we wrześniu. Od mieszkańców Ustrzyk Górnych dowiaduję się, że pogoda teraz jest lepsza niż w lipcu – faktycznie, przez 10 dni mojego pobytu nie było tu ani jednego dnia pochmurnego, a temperatury nigdy nie schodziły poniżej 20C, parokrotnie sięgając nawet 28C. Zima w Bieszczadach też musi być bardzo ciekawa. Wtedy góry te na pewno zasługują jeszcze na miano dzikich – większość szlaków schowana jest w głębokim śniegu a i turystów mało, bo wyciągów narciarskich jest tu niewiele. W rozmowie z jednym mieszkańcem Wołosatego, osady najbardziej wysuniętej na południe polskich Bieszczadów skąd startują szlaki w najwyższe partie tego pasma – na Tarnicę i Halicz (1333 m.n.p.m) – dowiaduję się, że w zeszłym roku zima była tak ciężka, że pod wioskę podchodziły watahy wilków polując nawet na koty i psy.

Moją wyprawę w Bieszczady kończę na Jeziorze Solińskim (nie należącym teoretycznie do Bieszczadów), po którym pływam cały słoneczny dzień kajakiem mijając spokojnie żeglujące po cichym tego dnia jeziorze jachty i statki turystyczne. Jest już po sezonie, nie doskwiera więc nadmiar turystów, ale nadal można wypożyczać sprzęt wodny lub zwiedzić zaporę w Solinie oferującą atrakcyjne widoki na jezioro otoczone gęstymi lasami.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *