Jest poniedziałek, idę Bedford Avenue, centrum hipsterskiego świata w samym sercu Williamsburga. Jest słonecznie, 22 Celcjusze, a to przecież już połowa października. Bardzo mi się podoba amerykańska jesień, jest długa i ciepła. Patrzę, a tam Polish-American Cuisine, czyli restauracja Dziupla, przedłużenie tej na Greenpoincie. Mam jeszcze pół godziny do sesji foto, którą tu przyjechałem robić, nie waham się więc i hyc na biały barszcz! Amerykańska kelnerka pyta się mnie jak mi mija ten świąteczny dzień? Ah faktycznie, teraz to wszystko ma sens, dlatego jest tyle ludzi na mieście, zastanawiałem się czy to przypadkiem nie niedziela. A dobrze mija, mówię, tylko dziwię się, że w ogóle ten dzień świętujecie. Przecież Kolumb był masowym mordercą. No tak, mówi dziewczę, ale 8 stanów już zmieniło nazwę na Indigenous Peoples Day. Wiem o tym i dzięki czynię tym stanom. Wśród nich jak zawsze postępowa prekursorka Kalifornia.

      W tym roku nie poszedłem na odbywającą się tradycyjnie w tym dniu paradę na 5 av. W tym roku świętowałem Indigenous Peoples Day w nietypowy sposób – robiąc zdjęcia dziewczynie, która jest owocem związku Pakistańćzyka (Punjab) i Gujanki. Azja i Ameryka Południowa – doskonały mix. Ostatnio poznałem też modelki łączące w spójną całość Finlandię i Japonię oraz Brazylię i Izrael. Takie cuda! Również dosłownie. Najpiękniejsi ludzie na tej planecie to zawsze mieszanki ras. To tyle ode mnie w kwestii rasizmu.

     Poniższe zdjęcia z parady są z zeszłego roku. Columbus Day to fenomen amerykański jakich wiele. Świętuje się mordercę, fantatyka, despotę. No ale cóż. Nam w podstawówce też nikt nie powiedział, co tam się naprawdę stało. W naszych książkach historii Kolumb też był bohaterem. Odkrył Amerykę! Ale fajnie. Dopiero później zadajesz sobie pytanie “jak to odkrył?”. Dzisiaj już wiem, że nie odkrył tylko najechał i ograbił, ustanawiając precedens dla tego, co miało być europejskim standardem przez stulecia – mianowicie kolonizacji połączonej oczywiście z krzewieniem jedynej słusznej religii. Ale tak naprawdę chodziło o złoto, tutaj bez niespodzianek. Królowie Katoliccy w Hiszpanii byli w-niebo-wzięci. Zwłaszcza król Fernando, który z dozgonnej wdzięczności za tony złota, udzielił Kolumbowi natychmiastowego pardonu, gdy ten po paru latach bestialskich masakr został za bezeceństwa w końcu skazany, zakuty w kajdany i wysłany do Hiszpanii. W-niebo-wzięty był również Kościół, który wyruszył tam z kolejną misją, a tymczasem więźniowie, rabusie, gwałciciele, psychopaci, bo taki był skład ekipy Kolumba – żaden wolny człowiek przy zdrowych zmysłach nie wypuszczałby się w nie wiadomo ile trwającą podróż w nieznane na krańce świata – działali mocno mordując Indian. I to jak. Masowo i hardcorowo. Myślę, że Hitler był pod wrażeniem tego, czego tam dokonywała ekipa Cristoforo C. Pewnie marzył nocami o takim rozmachu i bezkarnej samowolce z dala od “cywilizowanych” oczu. Nazista bowiem wbrew pozorom aż tak skutecznie historii świata nie zmienił, namieszał mocno, ale szczęśliwym trafem w dłuższej perspektywie nieskutecznie, jakoś to wróciło do porządku, a i jeśli liczyć listę ofiar to też zostaje daleko w tyle. Tymczasem detektyw Colombo poważnie zmienił historię świata na całe wieki. Prawdziwy rewolucjonista. Skutki tej inwazji są widoczne gołym okiem również dziś. Dlatego właśnie najbardziej w tej paradzie na 5 av dziwi mnie to, że uczestniczą w niej południowi Amerykanie. Latynosi. Przecież to ich przodków mordował bezlitośnie ten, którego dzisiaj świętują i to językiem ciemiężcy, a nie swoim, dzisiaj mówią. Nie wiem czy to brak edukacji, czy czegoś w tej układance nie rozumiem, ale sytuacja należy raczej do tych absurdalnych. To tak mniej więcej jakbyśmy w Polsce świętowali dzień Stalina.

     Tak czy inaczej, sama parada wygląda spektakularnie i wystrzałowo. Wszyscy są dumni, że są z Argentyny, Peru, Chile, Kuby, etc. Ale są też dumni, że są w Ameryce i że ta Ameryka im pozwala się przejść główną ulicą Nowego Jorku w tradycyjnych strojach machając krajowymi flagami. Z tej wdzięczności wiele Latynosów dołącza do flagi Kostaryki, Boliwii, Meksyku i tą Amerykańską. I jest to podwójny absurd, bo USA to dziś taki ekonomiczny Krzysztof Kolumb dla Ameryki Południowej, bierze co najlepsze, rządzi się i przyjmuje w swe szeregi współczesnych niewolników, no ale ten szczegół też jakby wielu Latynosom umyka. Także nic! Radujemy się wszyscy jak tam jesteśmy, bo jest kolorowo i jemy watę cukrową. Chroni nas od zła porozstawiana na każdym rogu policja i gra latynoska muzyka. I tak właśnie mniej więcej wygląda w USA demokracja. Panem et circenses.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *