Paris, miasto którego nazwę okaleczono w naszym języku wiążąc go na wsze czasy z ryżem, tak jak dźwięcznie brzmiącą słoneczną Italię ktoś skojarzył niefortunnie z puklami włosów, w wersji oryginalnej brzmi i wygląda naprawdę przyjemnie. W dodatku uniknął nużenia mnie tak zwanymi romantycznymi kliszami, których nadal jest w tym mieście bardzo dużo, ale które teraz płynnie mieszają się z życiem bardziej współczesnym; to ostatnie z kolei ku zaskoczeniu jednak nie okazało się wcale mniej interesujące od filmowo-książkowych wyobrażeń.

      W La Ville Lumière byłem trzy razy, pierwszy raz zimą 2007 roku, potem o mały włos nie zamieszkałem tam na dłużej wczesną jesienią roku 2012, lecz skończyło się na miesiącu, a ostatnim razem zahaczyłem oń późną jesienią roku 2013. Za każdym razem miasto to wydawało mi się jak najbardziej magiczne. Coś tam drzemie w nim. Mimo wszystko. Jest w nim coś, co przyciąga, zwłaszcza ludzi, którzy cenią sobie francuską śpiewną mowę. Poza tym jesień, jak to jesień, nadaje mu specyficzną aurę; nie ma to jak stare, wyłożone kostką europejskie uliczki, klimatyczne zakamarki i francuska kuchnia w chłodnawe wieczory nad Sekwaną. Mimo wszystko. Dość powiedzieć, że z Paris przygody jeszcze nie skończyłem, jeszcze na pewno jakiś rozdział tam napiszę.

     Paris, jak miliardy innych większych miejscowości na tym świecie, jest miastem kontrastów (tak – Paris też). Za pierwszym razem to, co uderzyło mnie najbardziej to kontrast między przepychem bogactwa i skrajną  biedą. Namioty bezdomnych rozłożone na tle pięciogwiazdkowych hoteli i mercedesów to widok normalny. Ludzie jak to zwykle bywa przyzwyczaili się do takich sytuacji i nie zwracają na nie uwagi, a bezdomni nie są bynajmniej tak zintegrowani z resztą mieszkańców jak to jest na przykład w San Francisco. Szybka przebieżka po stronie plusów: przede wszystkim oczywiście croissanty; zaraz za nimi bardzo przyjemna architektura i wszechobecny płynnie brzmiący język francuski, któremu w Europie mogą równać się tylko…włoskie…śpiewy z południa; zadbani estetyczni ludzie, dla których moda, czyli świadomy wybór tego, w co się ubieramy, w wielu przypadkach jest czymś tak naturalnym i równie ważnym jak wszystkie inne aspekty życia. W stolicy nie brakuje też ładnych dziewcząt. Ciepłe i zwykle słoneczne lata. Kosmopolityczne towarzystwo, często z półkuli powiedzmy francuskiej, czyli z terenów dawnych kolonii – coś innego niż kosmopolityzm Nowego Jorku czy Londynu. Miasto przyjazne rowerom, których jest dużo. Wysoka kultura, muzea, wystawy, koncerty – prawdopodobnie w Paris można znaleźć wszystko. A także bliskość do ojczyzny naszej, jakby ktoś tęsknił do bigosu. Jak ktoś tęskni za mową polską w Pa-ryżu jest nietrudno o szybkie rendez-vous z krajanem – wystarczy zejść do metra i zagadnąć panów proszących o jałmużnę – jest duża szansa, że mówią po polsku. Londyn odległy jedynie o 2h pociągiem.

   W telegraficznym skrócie do minusów zaliczyłbym niedostępnych raczej Francuzów, którzy są jeszcze bardziej niedostępni gdy nie włada się francuskim lub nie włada się nim bardzo dobrze. Niepromocyjne ceny wszystkiego z mieszkaniami/hotelami/pokojami na czele, te ostatnie kosztują średnio €600-€900 miesięcznie. Zimne, szare zimy. Język francuski nie należy do łatwych, a żeby się w miarę zintegrować należy go na pewno znać, bo – tu kolejny minus – Francuzi jednak po angielsku raczej nie mówią, bo albo go nie znają, albo go znają, ale nie lubią ludzi, którzy nie mówią po francusku (choć akurat w stolicy sytuacja lepsza niż gdzie indzie)j. Biurokracja, mówią, jeszcze gorsza niż w Polsce (tak, Polska nie jest jedynym krajem, w którym rozmowę o cokolwiek rozpoczyna się od druczku, wykazu, potwierdzenia, skierowania, wezwania, pouczenia, zaświadczenia, decyzji, ekspertyzy, aplikacji, umowy etc.). Duża ilość irytujących mimo wszystko turystów, wśród nich naród wybrany, który dawno już wygrał konkurencję na “światowy numer 1” właśnie z Francją, tyle że ta ostatnia jeszcze się nie zorientowała – Amerykanie – którzy zachowują się dokładnie tak jak zachowuje się typowy Amerykanin w Paryżu we wszystkich ich filmach. Francja jest krajem raczej…mocno nacjonalistycznym…nie okazującym wylewnej sympatii przybyszom z innych krain, również tych, w których ludzie mają inny kolor skóry. Znalezienie mieszkania lub pokoju w wielu bardzo przypadkach wymaga dużo więcej formalności niż w Londynie, Hiszpanii czy gdziekolwiek indziej chyba. Tutaj właściciel mieszkania, zwłaszcza gdy wynajmowane jest przez agencję, poprosi nas o zaświadczenie z pracy o zarobkach, 2 miesięczny depozyt i różne inne druczki mocno komplikujące sytuację. Mówiąc z grubsza, nie jest to na pewno styl brytyjski gdzie od zobaczenia ogłoszenia o wynajem (np. na Gumtree) do wynajmu mijają czasem 48h.

   Powyższe dywagacje zresztą na nic się zdają, bo wiadomo, że każdy chciałby na jakiś przynajmniej czas pomieszkać w mieście gdzie obok licznych upraw ryżu dostrzec w tle można Wieżę Eiffel’a i dużo innych wizualno-dźwiękowych atrakcji. Wiadomo też, że są dwa rodzaje ludzi na tym świecie: ci, którzy w Paris by zamieszkać chcieli, i ci którzy już tam mieszkali.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *