U nas niegdyś Dziady, w USA Halloween. Niby różne, ale nie do końca, pogańskie źródła i cel te same – czcić pamięć zmarłych, a wśród nich wszystkich świętych (All Hallows’ Eve = All Saints’ Eve) i męczenników. Różnica polega na stylu obchodzenia świąt. W Polsce solemne, w Stanach – typowo dla tego kraju – pogodne i z przymrużeniem oka. Różne są też daty. W USA co prawda istnieje All Saints’ Day i, tak jak w Polsce, obchodzi się go 1 listopada, tak naprawdę nie obchodzi się go prawie wcale, a już na pewno nie tak jak w kraju nad Wisłą. Za to w wigilię dnia wszystkich świętych, 31 października, Amerykanie przebierają się, dzieci wysyłają z kolędą po słodycze z trick or treat na ustach, wycinają dynie robiąc z nich latarnie, rozwieszają sztuczne pajęczyny i przystrajają domy kościotrupami, pająkami i tym podobnymi gadżetami. Halloween należy do jednych z ulubionych i najhuczniej obchodzonych świąt Amerykanów. Przypomniałem sobie, że jako dziecko też się przebieraliśmy, ale na karnawał. Inna bajka niby, ale jednak przypomina trochę tutejsze Halloween. Zresztą wraz z ogólną amerykanizacją całego globu, przychodzi do Europy również Halloween, tak jak przyszły Walentynki i podobne plastykowe sztuczki. Mam nadzieję, że nie zastąpimy 1 listopada i wizyt na grobach kiedyś przebieraniem się w G.I. Joe lub Batmana. Nie przystoi. Zwłaszcza, że 1 listopada i świetlane wizyty na cmentarzach należą do moich ulubionych polskich świąt. Magia tych miejsc, gdy setki lub tysiące zniczy pali się na grobach, a już zwłaszcza o zmroku gdy powstaje owa nieziemska łuna okrywająca nagrobki i ludzi wokół nich skupionych, jest nie do zastąpienia. Atmosfera rodzinnego spotkania wokół grobów pradziadków w szczypiącym czasem mrozie, a czasem w jeszcze jesiennym słońcu, jest tym, co najmocniej pamiętam z wczesnych lat dzieciństwa. Łatwo uwierzyć było wtedy w to, że istnieją magiczne trzecie i czwarte wymiary. Czasem myślę, że moje portrety właśnie tam i o tej porze – 1 listopada – wzięły swój początek.

    Tymczasem w Stanach mniej zadumy, więcej łubu-dubu! Taki kraj – kolorowy i pozytywny! Palce lizać. Popatrzmy zatem co tu się wyrabia. Ale tak poważnie mówiąc, bardzo ciekawy dzień w mieście, dobrze wyjść i spacerować pośród najróżniejszych dziwolągów. Szkoda, że ludziom tak na całą jesień nie zostaje, to by było ciekawe, wtedy USA zyskałoby u mnie sporo punktów. Jednak trwa to tylko najdłużej cały weekend. Najbardziej być może cieszą się dzieci. Chodzą i wyhaczają słodycze. Chociaż oczywiście dzisiaj sam już dzieci do obcych domów nikt nie puści. Nie te czasy. Mimo to wyszło na dobre również dzieciakom w Polsce, inaczej, gdyby nie biało-niebiesko-czerwona fala zza oceanu, mogłyby tylko cytować wieszcza Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Co to będzie, co to będzie? Jakoś tak ponuro jak na 6 latków.

    Jeśli chodzi o zdjęcia to w zeszłym roku podszedłem do tematu w stylistyce street…

…, a w tym roku puściłem wodze/migawkę aparatu, wydłużył mu się od razu krok i wyszło z tego takie fine art, czyli jak to się mówi po polsku zdaje się – fotografia artystyczna (z malarskimi zapędami).

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *