Trzy lata temu wpadłem na doskonały pomysł spędzania świąt – do dziś jeszcze nie udało mi się wymyślić nic lepszego. Mieszkałem w Kraju Basków, nie tak daleko od Pirenejów, więc postanowiłem wypróbować tamtejsze stoki. Wyglądało to mniej więcej tak:

   Jest mało rzeczy w moim świecie, które konkurować mogą z jazdą na nartach w wysokich nasłonecznionych i dobrze zabielonych górach. Śnieg jest jak serotonina lub mdma w proszku. Poza tym wypad na narty to nie tylko jazda w słońcu w oparach muzyki i toffany, to również przyjemne zmęczenie po, regenerujące kąpiele w wannie, lepiej smakujące kolacje i preferowane trunki. Gwieździste noce i przyjemny mróz.

     Wydaje się czasem, że w Polsce niewiele ludzi zdaje sobie sprawę, że w Hiszpanii też bywa zimno, też pada śnieg, a zatem też można jeździć na nartach; czyli Hiszpania zimą nie musi być wbrew powszechnej opinii ucieczką od mrozów lecz przeciwnie, tak jak i w Polsce, dobrym czasem na zimowo-śniegowe sytuacje. Mówimy o czasach kiedy nie notuje się najcieplejszej zimy w historii planety, tak jak ma to miejsce w tym roku. Opcji na Półwyspie Iberyjskim jest kilka. Przede wszystkim Pireneje, ale także Sierra Nevada w Andaluzji, jak również kilka pomniejszych kurortów na północy w Navarra i w Picos de Europa w Asturias. Jest również opcja Andory, która nie zawsze jednak gwarantuje śnieg.

     Jeśli chodzi o Pireneje największym ośrodkiem jest mix dwóch miejscowości Baqueira i Beret, czyli kurort narciarski znany pod nazwą…Baquiera/Beret. Gdy popatrzyć na mapy narciarskich tras andaluzyjskich i pirenejskich widać od razu różnicę. Stoki w Sierra Nevada są położone wyżej a trasy gęściej od tych w Pirenejach, ale to Baqueira ma ich większą ilość i są bardziej zróżnicowane. Być może dlatego jest to ulubione miejsce narciarskiego wypoczynku nie tylko wielu znanych hiszpańskich osobistości, ale również i samej rodziny królewskiej. Na pewno zaś dlatego Baquiera/Beret to najdroższy z hiszpańskich kurortów cenami dorównujący Alpom.

     Do Vielha, największego miasteczka w tym rejonie położonego 10km od Baqueira, docieram wieczorem. Jest szaro, zaskakująco ciepło i nieświątecznie. Śniegu nie ma. Termometr wskazuje grubo ponad 10C. Martwi mnie to, ale z Vielha doskonale jednak widać górskie szczyty, a te na szczęście są ośnieżone. Śnieg spadł na początku grudnia, mówi mi ktoś, i od tego czasu już nie padało. Sprawdzam prognozy. Opady zapowiadają dopiero na 26. Idę spać mówiąc sobie, że to niemożliwe żeby na górze nie było wystarczająco dużo śniegu. Nazajutrz jadę do Baqueira, gdzie wypożyczam sprzęt i kupuję karnet na 5 dni. Dziewczyna za szybą świadoma słabych warunków śniegowych przygląda mi się uważnie jakby chcąc się upewnić, że rozumiem co do mnie mówi. Powód? Cena. Według moich wcześniejszych rozeznań cena karnetu dziennego miała oscylować wokół €20. Na miejscu jednak dowiaduję się, że jest to bardziej €47. Pomyłka o 250%. W dodatku dziewczyna informuje mnie, że dzisiaj otwarte jest tylko 25km tras, wszystkie wyższe wyciągi na razie nie zostały otwarte z powodu silnego wiatru.

– 25 km – mówię jej – to jeszcze nie tak źle.
– Hombre, de 125km que tenemos… – słyszę w odpowiedzi. Racja, myślę.
– To jak? – pyta.

     Mówię jej, że w dalszym ciągu karnet na 5 dni, bo przecież nie mam i tak innego wyboru, prawda? Dziewczyna na to oferuje na dziś SPA. Zaśmiałem się (ale miło, miło!). Zrozumiała i rzekła na to: €197 proszę. Była to już druga niespodzianka cenowa. Pierwsza miała miejsce w wypożyczalni sprzętu. Okazało się co prawda, że cena na którą byłem przygotowany faktycznie była identyczna, tyle że była to cena za sprzęt niższej jakości. Gama media, jak to nazywają, €80 za 5 dni. Nie tak źle – myślę sobie. I tutaj pada pytanie od obsługującej mnie kobiety:
– Ale dobrze jeździsz?
Mówię, że tak. Krzywi się.
– Es que la gama media… – zaczynamy hiszpańskie wywody. – Damy ci narty z niższej półki i potem powiesz, ale mi dali beznadziejne narty! Twój wybór, ale te narty nie są zbyt elastyczne.

   Fraza klucz narty nie są elastyczne oczywiście natychmiast przekonuje mnie, że trzeba jednak zainwestować w te bardziej elastyczne. €164 za 5 dni. Aha. No dobrze, mówię znowu sam do siebie, nie mam wyboru. Tutaj kobieta natychmiast rzuciła się na okazję powtórzenia jeszcze raz tego wszystkiego, co powiedziała mi już dwa razy wcześniej, zreasumowała sytuację używając delikatnie innych sformułowań zaczynając od jednego z moich ulubionych „es que claro, luego tu….”. Tak, tak, kiwam głową czekając na kartę myśląc jednak o tym, że mój budżet podskoczył właśnie o €180 w przeciągu 15 minut. I jest to pierwszy dzień.

   Pierwszy dzień na nartach wbrew mizernym pozorom na dole wyglądał jednak bardzo przyzwoicie. Śniegu było wystarczająco dużo, ludzi bardzo mało. Wkrótce uruchomiono górne wyciągi i do dyspozycji było już ponad 100 km tras. Pierwsze trzy dni 24/25/26 były najlepsze z powodu pustek na stokach. 25ego w nocy spadł również wreszcie śnieg. Następnego dnia jeździło się najlepiej, w słońcu i idealnej temperaturze (-1C/-5C). Tras jest niezliczenie wiele, od zielonych debutants (dla debiutantów) po niebieskie łatwe, czerwone trudne i czarne bardzo trudne. Była na samej górze też trasa Manaud jako jedyna oznaczona jako bardzo trudna. Z jej brzegu na górze nie było widać w ogóle pierwszej części stoku, także nachylenie musiało oscylować wokół 70-80 stopni. Nie mogłem odmówić sobie tej przyjemności, ale okazało się że przyjemność żadna, bardziej survival mode na niegęstym zlodowaciałym śniegu. Najwyższy szczyt znajdował się powyżej 2500 m w Baqueira, na prawo można było połączyć się z kolejnymi stokami w Bonaigua, a na lewo w Beret. Wyciągi wygodne i dobrze zorganizowane. W pierwszych trzech dniach bez kolejek.

    27 grudnia Baqueira zalana została narciarzami, którzy wstali wreszcie od stołów, autobus spóźniał się 30min stojąc w potężnym 10 km korku, stoki również spuchły. Pojawiły się kolejki do wyciągów, nigdy jednak nie czekałem dłużej niż 10min. Od tłumów można było uciec na trudniejsze trasy w Beret lub Bonaigua. Tam w dalszym ciągu można było być czasem samemu na trasie. Z innych obserwacji, na stokach bardzo niewiele snowboardów z jakiś przyczyn. 90% to narciarze. Z ciekawostek – widziałem mężczyznę, który z jednego z łatwiejszych stoków zjechał tyłem. Nie brakowało też biegaczy. Baquiera ma specjalny tor dla miłośników biegówek. Co ważne, jest tutaj też wiele opcji off track skiing. Przy lepszym puszystym świeżym śniegu można w zasadzie sobie samemu wyznaczać trasy, jeżeli zna się techniki jazdy… terenowej i ma się do tego odpowiednie narty. Albo snowboard.

     Dni narciarskie w zasadzie różniły się tylko od siebie pogodą, jakością śniegu i ilością ludzi. Było głównie słońce i niebieskie niebo, ale zdarzyły też się śnieżyce a raz nawet bardzo gęsta mgła pod koniec dnia, w której nagle totalnie traci się nie tylko orientację, ale przede wszystkim oszukiwany jest, co ciekawe, błędnik. Nagłe zawroty głowy spowodowane niewidzeniem przez parę sekund niczego innego niż białej gęstej mazi. Z jednej strony czuję, że prędkość rośnie, ale tego nie widzę. Jadę sobie szybko na nartach i nagle tracę wzrok na 10 sekund. Przede mną biało. Nagle leżę na śniegu. Ale upadku nie pamiętam. Dziwne. Wstaję, jadę dalej.

     W tak wysokich górach nie trudno o wypadki. Te zdarzają się często, ratownicy się nie nudzą. Ilość wypadków zwiększyła się oczywiście wraz z wzrostem narciarzy.

     Po 5 dniach nadal miałem wrażenie, że nie poznałem wszystkich stoków, ale na pewno ich większość. Baquiera/Beret to droga, ale doskonała narciarska opcja, która tak jak w całej Europie, gwarantuje najlepsze warunki na przełomie stycznia i lutego. Wtedy śniegu jest najwięcej. Wtedy też jest obok Świąt najdrożej. Co ciekawe w górach bardzo dobrze działa autostop. Korzystałem kilkakrotnie. Raz, gdy zorientowałem się ostatniego dnia na stoku, że po oddaniu narciarskich butów będę musiał wracać bez nich do hotelu. Wtedy właśnie przytrafił się autostopowicz – instruktor narciarski z Madrytu. Innym razem rodzina z Barcelony. Największą przysługę wyświadczyła mi jednak matka z córką z Lleidy/Leridy, które wracały do domu z oddalonej o 2h Baqueira z weekendu i same zatrzymały się i zaproponowały, że mnie podwiozą. Od nich dowiedziałem się na przykład, że ratrakowanie stoków po skończonym dniu trwa przez całą noc! Tak się stokami nie opiekują nigdzie indziej w Hiszpanii, mówi mi Lourdes (matka). Potwierdzają też że najlepiej przyjechać w lutym jednocześnie polecając Sierra Nevada, gdzie całkiem przypadkiem wyląduję za rok, o czym rozmawiając z nimi nie mam jeszcze pojęcia. Es otro ambiente – mówi mi matka – son andaluces.

    Dowiaduję się też, że Lleida (nazwa katalońska) lub Lerida (nazwa kastylijska) przez pół roku spowita jest we mgle, którą nota bene miałem okazję widzieć w drodze powrotnej. Baquiera leży tylko o 2h od francuskiej Toulouse, stąd też wiele tam narciarzy francuzkich, dla których do Alp jest za daleko. W Alpach, mówi mi jeden Francuz, który mnie podwoził, ceny są takie same, ale jest wyżej i jednak jest trochę więcej opcji.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>