Rok 2015 był takim dziwnym rokiem, w którym nie podróżowałem wcale. Utknąłem w betonowej dżungli. Oczywiście samo życie w Nju Jorku to jak podróż po świecie – tak. A jednak na próżno szukać tu gór, lasów czy stoków narciarskich, mało świeżego powietrza i jedzenia. Dużo za to ludzi, którzy w wyniku chronicznego braku kontaktu z naturą zupełnie postradali zmysły. Jest na szczęście plaża i ocean. Tam też latem udawałem się posłuchać fal. Po roku suchym w podróże – czyli z definicji roku słabym – nadchodzi nowy czas. Podobno. Wkraczamy właśnie w Erę Wodnika i już wszystko wróci do normy. I faktycznie dwa zero jeden sześć zaczął się dobrze, bo w śniegu i z silnym wiatrem, nie brakowało też póki co słońca.

     Po rozgrzewkowym wejściu na Śnieżkę na początku stycznia pomyślałem, że jednak już czas na Bieszczady. Pomysł stary jak pierwsza tam podróż w 2011. Nie trzeba dużo fantazji żeby wyobrazić sobie co się dzieje w tych górach pokrytych mocnym puchem i ujemnymi temperaturami zimą. Bieszczady nie są blisko od Wrocławia, ale jeszcze dalej z Europy czy Ameryki, gdzie ostatnio mieszkam, skoro więc styczeń spędzałem w Polsce, była po temu okazja by jedną pozycję z podróżniczej listy to-do zdjąć. Pozycję zresztą od początku bardzo wysoką. W Bieszczady najlepiej udać się samochodem, zwłaszcza zimą. Ja nie posiadam, więc przedstawiłem entuzjastycznie wizję zimowych Bieszczad (tutaj wyjaśnię, że odrzucam podobno poprawną odmianę Bieszczadów, bo mi się nie podoba) dwóm zmotoryzowanym kolegom. Jeden z nich pozytywnie zaskakując mnie powiedział tak. O! No to jazda! – przed nami cztery dni weekendu, który każdy podróżnik musi sobie rozciągać i wydłużać w miarę potrzeb. Ci sprawniejsi potrafią taką sobotę z niedzielą rozdymać nawet na całe lata, a inni z kolei mają 5 tygodni urlopu w roku. Cóż. Co kto lubi. Ja wciąż dochodzę tylko do miesięcy, choć raz czy dwa nawet zdarzyło się pół roku. Ćwiczenie czyni mistrza – powtarzał mi zawsze ojciec, a że mówił to z jakiś przyczyn po niemiecku brzmiało to niemal jak rozkaz – więc ja od dobrej dekady ku jego rozpaczy sobie rozciąganie krótkich weekendów/życia tak właśnie ćwiczę.

      W mojej jesiennej podróży 4 lata temu stary Ford służył mi nawet za śpiwór – a już wtedy we wrześniu było zimno nocami. Tym razem oczywiście nie było takiej opcji. Umówiłem się z moim amigo Kielanem na wyjazd około 1 w nocy, więc ruszyliśmy z Wrocławia przed 4. Ciemne asfaltowe drogi przywitały nas od razu śniegiem, jechało się przyjemnie autostradą, nie było dziur. Nad ranem gwałtowna śnieżyca wymieszana dobrze z pierwszym światłem dnia rzuciła mi na przednią szybę bardzo klimatyczny film, tym przyjemniejszy że akurat prowadziłem; czerwone światła ciężarówek, blady świt na horyzoncie, wszędzie dookoła  tysiąc drobin śniegu, w środku zaś mrugały do mnie pomarańczowe zegary, pulsowało zielone światło radia wydającego filmowe dźwięki, a obok o tym wszystkim śnił na pewno Kielan. Jechaliśmy bardzo długo, bo a to drzemka, a to zakupy łańcuchów na koła. Wypróbowaliśmy je już pierwszego dnia i – dziwna sprawa – jakoś się je udało nam założyć (okay, Kielan je założył) od razu i bez problemów. Mi się takie rzeczy nigdy nie zdarzają. Oczekiwałem pół godzinnego szarpania się w mrozie, ale nie – po 5 minutach było po wszystkim. Otóż te łańcuchy faktycznie działają. Auto się nie ślizgało i jechało się naprawdę swobodnie.

       Po podróży nie szliśmy od razu w góry, nastąpił więc pierwszy rekonesans upstrzony padającym ciągle śniegiem. Pogoda zapowiadała się na ten weekend idealna. Najpierw dużo śniegu w czwartek i piątek, potem słońce w sobotę. W drodze do Wołosatego, gdzie wynająłem kwaterę, byliśmy tu i tam, przy rzece badać lód, konsumować śnieg i tak dalej. Gdy dotarliśmy do najbardziej chyba wysuniętego na południe domu w Wołosatym, gospodarz powiedział nam, że mieliśmy być wczoraj, że pisałem im do zobaczenia w czwartek, a był piątek. Wieczne problemy z czasoprzestrzenią. Na szczęście mieli wolne miejsca. O poranku ruszyliśmy na Tarnicę, gdzie dotarliśmy w niewiele ponad 2h, czyli tyle ile idzie się tam w lecie. Dziwne. Potem już tak łatwo nie było. Szlak był w miarę przetarty – widać było że paru turystów jednak wpadło na ten sam pomysł – i to nas raczej cieszyło, ale szło się i tak opornie. Na szczycie jak to na szczycie – dobre widoki, ale zimą zimno. Zdejmowanie rękawic do robienia zdjęć nie było opcją – palce zamarzały w 5 sekund. Ruszyliśmy dalej mając nierealny plan zrobienia tej 24km pętli wokół Wołosatego koroną gór. To zostało szybko zweryfikowane przez warunki i temperaturę, zwłaszcza że zboczyliśmy tuż za Tarnicą ze szlaku w stronę Krzemienia, gdzie zrobiłem jedno z moich ulubionych zdjęć tego wypadu – czyli było warto. Jednak od razu jasne było dla mnie, że o kontynuacji wędrówki szczytami nie było mowy, bo cały detour zajął ponad godzinę, a słońce jest w zimie leniwe i kończy szybko – podjęliśmy profilaktycznie mimo to próbę tonąc w śniegu po kolana i pas. Nowość – pierwszy raz w życiu złapały mnie skurcze mięśni ud po piłkarskich kontuzjach przedwyjazdowych. Ostatecznie wybraliśmy piknik na ośnieżonym drzewie i powrót do Wołosatego, który i tak zajął chyba ponad 2h. Tego dnia przeszliśmy podobno 16km (thanks gps) a przez pół nawet biegliśmy, bo fajnie się biega po śniegu w dół lasem.

    W niedzielę chcieliśmy wyjść na połoniny, były nawet plany na wschód słońca. Chciałem dostąpić tych samych fantastycznych widoków co cztery lata temu – mgły czające się w brzuchach gór i przebijające przez nie światło poranka – ale w śniegu! Niestety, po pierwsze jeżeli wschód jest o 7 rano, to znaczy, że trzeba by nam wstać o 4, zakładając że podejście po ciemku nie zajmie nam więcej niż 2h. To miało raczej małe szanse powodzenia. Motywacja i zdjęcia to jedno, ale ciepłe łóżko w styczniową noc…Ostatecznie wstaliśmy o 9…a wyruszyliśmy przed 11. Chill. Weszliśmy na Połoninę Caryńską koło 13, ale na górze nic prawie nie było widać, padał śnieg i wiały silne wiatry. Zaskoczenie. W każdym razie było jasne, że zdjęć ze słonecznych skrzących się w śniegu połonin nie będzie. Zeszliśmy do schroniska Koliba w międzyczasie rozdzielając się i eksplorując teren po swojemu. Kilkukilometrowa trasa w dół przez las należała do tych bardziej malowniczych – sporo cudów natury, przyjemnie i cicho, a także dużo cieplej. Przed drzwiami Koliby przywitał mnie kudłaty pies – prawdopodobnie owczarek – a również mały dziki kot, który mroźne noce spędzał na zewnątrz, czym zasłużył na mój szacunek. Poza tym wyglądał jak gremlin. W schronisku początkowo zimnym rozpalono w kominku i niebawem zrobiło się przyjemnie, zwłaszcza że miejsca przy ogniu strategicznie zajęliśmy my. Była tam też grupa chłopców jak mniemam z poprawczaka, którzy szli chyba na te połoniny za karę albo w ramach resocjalizacji. Jeden z nich narzekał, że nie ma zasięgu tu ni huya, na co drugi, ten z fioletowym okiem, poradził mu przejść się na pagórek kilkaset metrów za Kolibą. Tamten jednak odrzucił natychmiast tę propozycję słowami gdzie kurwa na pagórek? co ja jestem, tańczący z wilkami? Ryknęliśmy w izbie (sic) wszyscy śmiechem, chłopak miał talent. Podano nam potem pierogi, jajecznice i inne dobre rzeczy. W schronisku nie było internetu, więc życie nie smakowało tak dobrze, nie było co robić, tylko gapić się w ten ogień i dumać. Wiatr na zewnątrz hulał. Ponadto nie było ciepłej wody, a zimna śmierdziała szambem. Ale młody kudłaty gospodarz, typowy bieszczadzki out-cider, widać, że starał się ogarniać, pęknięcia w gorejącej szybie kominka łatał taśmą klejącą (nie, nie wytrzymała), te różne usterki to chyba nie jego wina, zresztą nikomu to tak bardzo nie przeszkadzało. Najgorsze, że nie mieli piwa. Na szczęście mieliśmy ze sobą wiśniówkę. Decyzją Politechniki Warszawskiej (sic), do której należy schronisko, podawane były tylko herbaty, kawy i gorące czekolady z proszku. Kielan wypytywał czy nie mają czegoś spod lady tak jak człowiek człowiekowi. Ale w Bieszczadach człowiek człowiekowi wilkiem, w dobrym tego słowa znaczeniu, bo wilki, zwłaszcza te samotne, to ciekawe bestie. Oczywiście mieli, ale dla siebie, więc nie mieli. Znaliśmy się mało. Generalnie jednak bardzo mili ludzie, tylko zimą nie jest tam łatwo. Hartują charaktery oszczędzając wątrobę.

     Nazajutrz niespodzianie zastał nas po-niedziałek, dzień ostatni. Wstaliśmy nawet na wschód słońca, bo mieliśmy blisko, ale wykiwała nas ponownie pogoda – wschód odwołali, było dużo chmur. Przez moment wydawało się, że się rozpogodzi, więc zacząłem się zastanawiać czy by z powrotem nie na połoniny. Problem polegał na tym, że z Koliby podejście na Caryńską jest trudne, a w zimie wręcz mordercze. Poprzedniego dnia schodziłem z niej myślę około 2h, nie spiesząc się, to fakt, a więc podejście na pewno zajęłoby 4h. Czy nas było na to stać? Może, ale i tak nie było po co, bo pogoda przypominała bardzo tą wczorajszą, więc nic nowego prawdopodobnie by nam góry nie odsłoniły na szczycie. A szkoda. Jest powód żeby jeszcze wrócić, choć statusu priorytetu Bieszczady u mnie już nie mają. Czuję, że widziałem je w dwóch najlepszych porach, jesienią i zimą. Może pojechałbym jeszcze raz późniejszą jesienią, wczesnym listopadem, gdy cały teren mieni się ciepłymi kolorami. We wrześniu wszystko było wciąż zielone. Ostatecznie zdecydowaliśmy przejść się do Bereżek i stamtąd do Ustrzyk Górnych, gdzie czekało na nas oblodzone auto. Ponownie trasa przez las okazała się okazała, za leitmotif służył mruczący sobie pośród śnieżnych zasp potok. Znowu jakoś tak się rozdzieliliśmy, ja szedłem przodem i gdy dotarłem do rozstaju dróg, skręciłem oczywiście w złą stronę. Nikt, absolutnie nikt, nie jest w stanie się tak łatwo i szybko gubić w terenie jak ja. Jestem w tym najlepszy. Wystarczy jedna krzyżówka, jeden zakręt. Pamiętam jak kiedyś po pół roku mieszkania w Madrycie, zgubiłem się na rowerze w drodze powrotnej do domu klucząc po okolicy przez prawie godzinę. To było przykre. Ale nie ma tego złego! Zamiast wracać do Ustrzyk Górnych szlakiem końskim, za którym skręciłem w lewo, a którego nie odnalazłem, szedłem cały czas drogą. Tam to właśnie zrobiłem zdjęcie nadjeżdżającemu autobusowi, który następnie się zatrzymał, wysiadł z niego kierowca i nerwowo kazał mi te zdjęcia skasować. Ale co się stało? Proszę to skasować, ja już coś takiego kiedyś miałem. Ale co Pan miał? No na internecie już mnie publikowali, ja tego nie chcę. Dobrze, niech się pan nie stresuje, ja górom robię zdjęcia, nawet pana tu nie widać, ale widzi pan – pokazuję mrugającą ikonę – skończyła się właśnie w aparacie bateria…Poważnie. Jaka bateria?! Nie, proszę skasować, potem dzieciaki na internecie…nie zgadzam się. No dobrze, rozumiem, mam jeszcze jedną baterię, niech się pan nie denerwuje, te zdjęcia i tak są słabe. No już. Absurdalnej akcji przyglądali się przyklejeni do zaparowanych szyb pasażerowie. Szosą szło się jednak bardzo przyjemnie i po jakimś czasie natrafiłem na most, z którego zrobiłem swoje ulubione zdjęcie tej podróży. Lód skutej poniżej rzeki był turkusowy, drzewa ciemnobrunatnośliwkowe, górujący nad nimi szczyt białoniebieski, a niebo szare. Po pewnym czasie zorientowałem się, że coś nie gra (thanks gps), zawróciłem. Do Ustrzyk Górnych dotarliśmy już razem, gdzie w ulubionym Zajeździe Pod Caryńską uskuteczniliśmy końcowy chillout przed kominkiem z plackiem po bieszczadzku. Młoda kelnerka, którą zdążyłem polubić przez te dni, kazała nam wszystko dokładnie zjeść (…) Parę piw, to i tamto, i w drogę! Nie, nie, zaraz.

      Nocą wracało się dobrze aż nie wylądowaliśmy w rowie. To, co zwykle: niedostosowanie prędkości jazdy do warunków na drodze. Ja już etap śnieżnego ćwiczenia poślizgów autem i tego przykre skutki mam dawno za sobą, kolega jeszcze nie, a przecież zawsze musi być ten pierwszy raz. Jakieś 10 lat temu na prostej opustoszałej zimowej drodze kręciłem wesoło kierownicą, stał tam taki samotny wyzywający żółty znak drogowy z wykrzyknikiem, że ślisko. Jeden jedyny na przestrzeni 500 metrów. Ja to wyzwanie podjąłem i w ten znak elegancko po poślizgu centralnie uderzyłem.  Wkrótce ktoś zatrzymał się i radził mi, żebym podłożył wycieraczki pod koła, może da radę wyjechać. Ja patrząc na zmrożone wycieraczki przyklejone do szyby wyraziłem wątpliwość czy aby się nie złamią, a poza tym jak tu je teraz odkręcić. Kobieta z politowaniem patrząc na mnie pokazała palcem na moje stopy doprecyzowując, że chodziło jej o te chodniczki pod moimi nogami. Acha. No tak. Wracając do Bieszczad – na szczęście stało się to w bardzo żywotnej wiosce, gdzie miejscowi w ramach atrakcji wieczornej, jeszcze przed dziennikiem, wylegli by popatrzyć i dawać nam rady. Połowa była pijana, wszak to poniedziałkowy wieczór. Ponieważ czuwa nad nami najświętsza panienka, najpierw zatrzymał się jeden pan z Patrolem (wywnioskowałem że to rodzaj auta 4×4 i nie myliłem się), a gdy on nie dał rady przyjechała wyciągać nas straż pożarna ciężarówką. Z tymi to już nie ma żartów – szybko i sprawnie z odmętów śniegu Mazdę wysupłano. Mieszkańcy się wyraźnie cieszyli na to widowisko. Potem pojechaliśmy wymienić czy dopompować koło pourazowo, za co mechanik, który mieszkał 1km dalej (opatrzność boska), wziął…20PLN. A otworzył dla nas zakład już po godzinach. Zszokowany wsiadłem do auta i ruszyliśmy dalej. Gdyby nam powiedział 100PLN też byśmy zapłacili, ale to był uczciwy człowiek, a do tego zdaje się sprawny mechanik, bo do Wrocławia dojechaliśmy bez szwanku, choć auto trochę znosiło. Droga powrotna zajęła nam dla odmiany tylko 7h – wróciliśmy do bezśnieżnego już zupełnie Wrocławia głuchą nocą. I tak to się zakończyło wszystko. Ja tam jeszcze po te zdjęcia zachodu/wschodu na połoninach kiedyś wrócę.

https://vimeo.com/153617253

Po najlepsze fotograficzne sytuacje w stylu fine art/retro udać się należy do portfolio.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>