Niedawno pisałem o hiszpańskim raju narciarskim Baqueira/Beret, którzy ludzie tutaj generalnie uważają za numero uno. Numero dos to Sierra Nevada na południu w Andaluzji. Rok temu jeżdżąc w Pirenejach myślałem, że pewnie długo przyjdzie mi czekać na to by mieć możliwość sprawdzić specyficzne warunki narciarskie na południu. Szczęśliwie jednak się myliłem, bo już rok później było mi to dane zrobić, gdyż chwilowo zamieszkałem w Granadzie, którą od gór dzieli tylko 40 malowniczych kilometrów.

       Sierra Nevada – to tutaj właśnie znajduje się najwyżej położona droga w Europie. Najwyższy szczyt – Pico de Veleta – liczy sobie 3.384 metry, a szczyt najwyższego wyciągu znajduje się zaledwie 84 metry niżej, także gdy schodzi się z niego u stóp roztacza się cała Sierra, często jest się już ponad chmurami. W Baqueira szczyt położony jest o aż 800 metrów niżej. A mimo to właśnie tam czułem się bardziej jak w górach – Pireneje otaczały nas dokoła. W przypadku Sierra Nevada, jest to wyspa gór pośrodku nizin, biała plama na zielono-żółtych łatach. I widać to dobrze z jej szczytu. Krajobrazy Pirenejskie zdecydowanie wygrywają z sierrą andaluzyjską. Ta ostatnia jednak ma jeden wielki plus – urokliwą Granadę. Miasto co prawda nie tak emocjonujące jak stolice Kastylii czy Katalonii, ale na wakacyjną wizytę w sam raz. Wprawne oko zauważy, że jest to dość inna Hiszpania niż ta północna.

      Jeśli chodzi o warunki narciarskie minimalnie wygrywa Baqueria, która mając wyciągi na trzech różnych górach, jest bardziej różnorodna niż Sierra Nevada skupiona w zasadzie na jednej. Długość tras jest porównywalna, oba ośrodki przygotowują trasy doskonale. Pierwsze dwie godziny jazdy, zwłaszcza w Andaluzji, to czysta przyjemność. Kolejnym jednak minusem Sierry Nevady jest to, że w ciepłe marcowe i kwietniowe dni śnieg popołudniu staje się już tym co Hiszpanie nazywają papa. Słowa nie trzeba tłumaczyć. W Pirenejach jest jendak zimniej, choć gdy przyjechałem tam 24 grudnia roku 2012 u podnóża gór w Vielha stopni Celsjusza było aż 16. Karnety narciarskie są równie drogie w obu ośrodkach. Za dzień jazdy dorosły płaci około €45. Natomiast hotele i generalnie życie tańsze jest na Południu. Za rogiem jest 300.000 Granada. Na Północy mamy do czynienia z typowimi małymi miejscowościami górskimi, które żyją z turystów, toteż ceny wyższe.

     Wiele ludzi narzeka na tłumy w Sierra Nevada. Faktycznie chyba kolejki są większe niż w Pirenejach, ale ja pamiętając jeszcze kolejki w Polsce czy Czechach 15 lat temu, cieszę się gdy nie trzeba czekać więcej niż 10min. Od 12h do 15h w weekendy robi się czasami gęsto, to prawda. Warto wtedy trzymać się najwyższych i najtrudniejszych tras. Poza weekendem nie ma jednak raczej z tym problemu.

     Co ciekawe zauważyłem, że ze względu na ukształtowanie terenu ludzie ustanawiający trasy pozwalają sobie na dużą dowolność na Południu tworząc nowe trasy każdego dnia, dając odpocząć poprzednim. W bardziej kanciastych Pirenejach opcje są ograniczone.

    Z detali – SnowPark jest w Sierra Nevada, w Pirenejach nie. W tych ostatnich zdecydowanie też mniej szkółek narciarskich. W Sierra Nevada ostał się jeszcze jeden orczyk – rzecz normalna jeszcze na przełomie wieku – dzisiejsi hiszpańscy narciarze kompletnie sobie z tym nie radzą.

Vóila, krótkie porównanie. Czy Sierra Nevada jest faktycznie numero dos? Raczej tak. Dla mnie decyduje o tym mniejsza różnorodność tras, jakość śniegu popołudniu przy słonecznej pogodzie, nieco dłuższe kolejki a także mniej spektakularne pejzaże. Po stronie plusów wspomniane już Granada i południowa Hiszpania, gdzie z każdą caña, czyli małym piwem, dostajemy automatycznie tapas, czyli małą przekąskę – tym sposobem można tanio zjeść i pić zarazem. W Granadzie warto zobaczyć La Alhambra. Najlepsze jest jednak to, że przy dobrej widoczności ze szczytów Sierra Nevada można dostrzec Maroko, co widać na trzecim zdjęciu w poniższej galerii. Jeżdżąc na nartach co prawda niestety nie widzimy Morza Śródziemnomorskiego, bo trasy wytyczone są tylko na stokach zwróconych w stronę Półwyspu, ale zawsze można na górze urządzić picnic czy zapalić jointa. W Pirenejach z podobnych atrakcji nici – można co najwyżej pojechać na zakupy (lub narty) do Andorry albo pomodlić się wśród tłumu nieszczęśników we francuskim Lourdes, czyli pirenejskiej Częstochowie (sic!).

    Pisałem przy okazji Baqueria, że Francuzi których spotkałem tam na nartach mówili mi, że podobały im się Pireneje, ale jednak Alpy są jeszcze bardziej różnorodne, mają dłuższe trasy, ale są nieco droższe. Biorąc to pod uwagę, hiszpańskie ski stacje ustępują delikatnie tym Francuskim, Szwajcarskim czy Austriackim. Potwierdzają to sami Hiszpanie, którzy na pewnym forum narciarskim zapytani przez Chilijczyka gdzie najlepiej jeździć na Półwyspie Iberyjskim, odpowiedzieli mu, że skoro już decyduje się na lot przez Atlantyk aby pojeździć na nartach w Europie to dlaczego po prostu nie pojedzie od razu do Austrii. Coś w tym jest, chociaż miłośnicy śródziemnomorskich kultur dostaną tutaj (zwłaszcza na południu) coś więcej niż tylko doskonałe warunki narciarskie.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *