Wybudujemy dwa mury, grzmi Donald, są pompony, pomarańczowa twarz, sztuczne włosy i dużo amerykańskich tricków, flagi, światełka, budki z hot dogami przed stadionem. Show trwa. Ten sam co cztery lata, te same płonne nadzieje i krótkotrwała euforia w oczekiwaniu na lepszą przyszłość. Kawałek nowojorskiego kongresu Trumpa sączy się nam w oczy przez telewizor. Tymczasem tu na miejscu cisza, spokój.  Właścicielka dinerw którym zatrzymałem się na pizzę patrzy na to widowisko niby obojętnie, ale słucha. Ja też. Jest już po zmroku w Montauk, małym malowniczym miasteczku położonym na samym końcu Long Island ponad 200 km od Nowego Jorku. Okolica pomału zasypia, ale ja mam przed sobą jeszcze 3h jazdy z powrotem na Brooklyn, który teraz nazywam domem. Krótki jednodniowy wypad wzdłuż południowego wybrzeża Long Island kończył się właśnie w Montauk. Diner, gdzie jestem jedynym klientem i w którym pracujący meksykański personel nadzorowany jest pilnie niby leniwym okiem właścicielki, mruga do mnie czerwononiebieskimi światłami, tak samo jak puppet show w telewizorze. Nie był to pierwszy diner tego dnia. Zaliczyłem też w porze lunchu jeden z tych klasycznych przy autostradzie. Powiew lat dziewięćdziesiątych, jest klimat, pączki i kawa. Tam również Meksykanie – chętnie ze mną rozmawiają o Lidze Mistrzów, gdy przysuwam się do telewizora, by o 3 po południu oglądać widowisko znane mi z europejskich nocy. Mężczyzna tłumaczy mi nowo nabytą angielszczyzną jak wczoraj wygrał Madrid, jak czerwona kartka i dlaczego. Przerzucam się na hiszpański więc zaraz język się rozwiązuje i klasycznie czy jesteś Hiszpanem? W Hiszpanii mają lepiej, zdradza mi nieco rozmarzonym głosem, i nie chodzi mu o futbol.

     Latarnia w Montauk jest przyjemna dla oka, zwłaszcza, jak to latarnie, z daleka, ale w pochmurne popołudnie nie prezentuje się okazale. Dużo lepiej latarnia na Fire Island, którą przyłapuję w słońcu. Przyjemne widoki dookoła, z dołu i z góry, gdzie sześćdziesięcio kilkuletni wolontariusz pyta się mnie czy wiem, na co patrzę, i mimo że kiwam, że tak, zaraz objaśnia mi pomijając rozpościerające się pod nami kilometrami plaże, puste o tej porze jeszcze skoro nie ma nawet 10C, oraz wszechobecne mewy, obecnie jeszcze raczej głodujące, palcem wskazując World Trade Center, nawet jeszcze na horyzoncie całkiem widoczny z odległości chyba niemal 100km. Potem pokazuje mi jeszcze parę innych budynków i się żegnamy. Schodzę na dół słysząc nadciągającą falę turystów, którzy mijając mnie na schodach pytają czy warto, bo nie chce im się już dalej wspinać.

    Na koniec zwabiony zachodzącym światłem odwiedzam małe osiedle domków letniskowych, które również stoją jeszcze puste, póki co odbijając tylko słoneczny zachód w szybach. Nadmorskie miejscowości poza sezonem fascynują swoim sennym letargiem. Dogasa krótki rozgrzewkowy roadtrip po Long Island w oczekiwaniu na nadchodzące lato. Przede mną trzygodzinny powrót betonowym traktem w samo serce betonowej dżungli.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *