LAZUROWE WYBRZEŻE

     Tydzień 4 podróży to nic innego jak kontynuacja melanżu w raju. Był to co prawda tydzień dużo bardziej pracowity, został pobity znowu rekord trasy (543km), ale dzięki temu i bogaty. Po opuszczeniu Cassis pierwsze trzy miejscowości na rozkładzie prezentowały się tak: Saint-Tropez, Cannes, Nice. A potem Italia.

     Gdy ma się przed sobą powyższy plan na najbliższe siedem dni, słońce mocno świeci, wieje śródziemnomorski wiatr i ma się ze sobą rower, ma się również świadomość, że wkracza się w cudowne oko wakacyjnego cyklonu, czyli dni 10/10. Francuska Riviera nie zawiodła. Przede mną nie tylko piękne trasy brzegiem morza, ale również miasta znane z najwyższych poziomów połudnoiwego estetyzmu a la francais, ale również bogactwa i próżności. Tego tygodnia nie robiłem ani jednego dnia postoju chcąc nieco nadgonić chillout z Cassis, średnio więc jadłem 77km/dzień, co oznacza jazdę raczej spokojną i bez hardcoru. Do granicy Italii brakowało mi 180km.

     Pierwsze trzy dni to wspomniane perły francuskiej riviery. St. Tropez pełne jachtów i Mercedesów, białych koszul i skrzących się w słońcu złotych zegarków roszonych kropelkami cieknącego po całym ciele szampana. Dotarłem popołudniu i tam też spędziłem wieczór prowadząc rower po krętych uliczkach tego pięknego miasteczka w pełni letniej formy. Restauracje poupychane w zakamarkach uliczek, ogródki, czerwone wino, opaleni ludzie i przyjemna muzyka. Życie. Podobnie było w Cannes, choć już z rozmachem większego miasta, więcej świateł, więcej zgiełku. Tutaj za cafe au lait zapłaciłem €5. Tydzień później w Italii płaciłem już tylko €2. Tak jak w całej podróży, również i tutaj nie mogłem zabawić dłużej czy jakoś intensywniej zwiedzać, wszystko widziałem tylko pobieżnie, bo nie sposób było zostawić rower z całym dobytkiem sam. Nie wchodziłem więc do muzeów, kin, nie wchodziłem do księgarni ani restauracji. Koncentrowałem się na plażach, lasach, jaskiniach. Na obrzeżach Cannes spałem pod palmą, koło Saint Tropez schowany w restauracji na plaży. Z tego etapu najbardziej zapadł mi w pamięć kawałek trasy z St. Raphael do Cannes. Nadmorskie widoki oglądane z roweru były tak fantastyczne, że chciało się puścić kierownicę by rower sam zadecydował. Byłem w samym sednie podróży. Oku śródziemnomorskiego cyklonu. O to chodziło.

     Do Nice dojechałem w niemal równie dobrym humorze, gdyby nie to, że pod koniec zepsuł się bagażnik. C’etait grave. Bez niego nie można było jechać. W końcu pękła jedna z części. Zamiast więc trzymać się plaży ruszyłem wgłąb miasta wypytując ludzi (w moim świecie były to wciąż czasy przed google maps i internetem w telefonie) o sklepy rowerowe. W drugim lub trzecim z kolei trafiłem na ludzi, którzy naprawdę chcieli mi pomóc, ale nie mieli takich bagażników. Wysłuchali za to mojej krótkiej opowieści co i jak. Na tym rowerze? A no to bravo! Popatrzyli po sobie. Ale czy on da radę na jednym biegu? Drugi bez słowa wskazał palcem na moje łydki. Ten pierwszy zaraz przytaknął: ah oui, il a des jambes. Wysłali mnie do innego sklepu 20km za miastem. Tam przepiękna sprzedawczyni powitała mnie uśmiechem i przez dłuższy czas chciała mi pomóc podsuwając kolejne pomysły. Ale zaraz zjawił się właściciel, jej chłopak, i powiedział mi od razu, że nie mają takiego bagażnika i nic się nie da zrobić. Zdarza mi się to bardzo często. A więc zostałem jakby uziemiony. Poszedłem do marketu coś kupić i tam natrafiłem okiem na elastyczne linki używane do mocowania na przykład nart na bagażniku (to na pewno ma nazwę). Pomyślałem, że prowizorycznie może dam na tym radę dojechać do następnego sklepu rowerowego po drodze. Umocniłem więc przypięcie bagażnika dwoma takimi linkami po czym poszedłem na plażę popływać i szukać kąta na nocleg. Tej nocy obudzony zostałem o 5 nad ranem najpierw wodą, którą ktoś nade mną podlewał kwiaty, a potem plażową śmieciarką. Takie poranki też bywały.

     Największym zaskoczeniem następnych dni było to, że owe linki spisywały się doskonale. W zasadzie rozwiązały problem, gdybym używał ich od początku, jechałoby mi się dużo lepiej. Co więcej, na linkach tych, widocznych już na każdym zdjęciu po Nice, dojechałem do samego Wrocławia! Po Nice czekała mnie dzienna przejażdżka po bogatym Monaco. Jeżeli jest jedno miejsce w Europie, które kojarzy się ze zbytkiem i przepychem, tym miejscem zawsze było Monte Carlo. I nie zawiodło mnie – warto to zobaczyć. A po Monaco pozostało mi już tylko cisnąć w stronę Italii, na którą miałem ogromną ochotę. Stało się to jeszcze tego samego dnia po wyjeździe z Nice. Radości nie było końca! Italia przywitała mnie kawą za €2 i pysznym gelato w tej samej cenie. A więc problem co na śniadanie? od razu został rozwiązany. Na obiad jadłem pizzę i makaron. Gdzieś tam przy okazji się zważyłem i okazało się, że straciłem tylko 3kg przez te 3 tyg. Na nadmorskim odcinku było równie pięknie co na francuskim, tyle tylko że taniej, a dookoła słyszałem nie śpiew francuski, lecz włoski. Mimo wszystko italiano u mnie w hierarchi stoi wyżej od francais. Dodatkowo Italia zafundowała mi niesamowitą trasę tunelami nad morzem przez prawie 100km! Kraj ten to wizualna uczta w wielu postaciach – le ragazze! Jedna z nich podając mi kawę o 7 rano gdy termometr wskazywał już 33C życzyła mi buon giro e buona giornata. Takich dni mi trzeba było więcej. Potem nastąpiło San Remo. Cóż za zmiana z Cote d’Azur. Miasto typowo włoskie – brudne, głośne, z krętymi uliczkami, gdzie zawsze coś się czai za rogiem. Podobnie, choć z większym rozmachem, prezentowała mi się następnego dnia Genova. Dobre miasto, ale tak bardzo różne od Nice czy Cannes.

    I oto po dwóch tygodniach w lazurowym niebie – ciao wybrzeże! Jeszcze nie ostatecznie, czekała na mnie wciąż Wenecja i tamten kawałek morza, ale śródziemnomorskie delicje dobiegały końca. A były one tak dobre, że dziś, choć rzadko jeżdżę dwa razy w to samo miejsce, wciąż miałbym ochotę na powtórzenie dokładnie tej samej trasy któregoś lata. Ostatnim etapem tego tygodnia było dotarcie z Genova do Camogli, a stamtąd rozpoczynałem atak na Apeniny, które stawiły największy opór ze wszystkich pasm górskich w całej podróży. To tam za dwa dni miałem stoczyć największy bójból (sic) na rowerze bez przerzutek.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>