Przyszedł wreszcie czas na kolejny letni tym razem roadtrip. Bez podróży nie ma życia, a jednym z największych plusów surfowania po świecie jest poznawanie ludzi żyjących w najróżniejszych zakątkach świata. Nowych znajomych można potem odwiedzać. Antoine’a poznałem w spieczonych słońcem Indiach, ale jego domem jest zimny acz intrygujący Montréal w kanadyjskiej prowincji Quebec. Odkąd przeprowadziłem się do USA myślałem sporo o Północy, wbicie do Kanady było kwestią czasu. Wiosną tego roku okazało się że Antoine planuje letni camping w swoich okolicach więc z chęcią podłączyłem się pod ten projekt. I tak oto w połowie sierpnia ruszyliśmy we trójkę wysłużonym autem na wschodnie wybrzeże w stronę Nova Scotia przez New Brunswick. W tej prowincji wypadł nasz pierwszy kamping nad zimnym jeziorem w Mount Carleton Provincial Park. Kanada powierzchniowo jest drugim krajem na świecie, ale zamieszkuje ją tylko 35mln ludzi. Dużo jest więc przestrzeni i nawet w czasie letnim poza absolutnymi klasykami turystycznymi na szlakach zawsze można znaleźć ciszę i spokój. Tak było pierwszej nocy. Byliśmy jedyni na ukrytym w lesie campingu, wieczorem łowienie ryb i gotowanie na 20 letniej kuchence, którą Antoine pamięta jeszcze z dzieciństwa, nocą obserwacja księżyca, gwiazd, a ranem oczywiście pływanie w lodowatej wodzie. Wdrapaliśmy się też na Mount Carleton gdzie w drodze powrotnej nadzialiśmy się na potężną burzę; gigantyczna ulewa, z której moje jedyne buty nie podniosły się już nigdy. Wysłużone Reebok’i rodem z Canterbury zresztą miały zapisane w niedalekiej przyszłości niezwykłe przygody…

      Następnym przystankiem był Halifax już w Nowej Szkocji i nasza jedyna noc w hostelu – resztę spędziliśmy w namiotach. Stamtąd ruszyliśmy do jednej z bardziej rozpoznawalnych latarni w Kanadzie znajdującej się w Peggy’s Cove, gdzie nastąpiły pierwsze zdjęcia zachodu, po których Jules zauważył, że muszę chyba bardzo lubić latarnie, bo klasycznie sesja foto trwała prawie godzinę. W drodze na północ zatrzymaliśmy się na dziko w bliżej nieokreślonym Parku Narodowym, gdzie ponownie spędziłem całą noc fotografując nocne niebo, a następnie wschód słońca. Jak kładłem się spać robiłeś jeszcze zdjęcia – dziwił się Jules – a teraz wstaję a ty dalej jeszcze robisz zdjęcia. Nocne życie fotografa przyrody. Schemat ten powtarzał się niemal każdego dnia.

      Naszym celem ostatecznym był park narodowy znajdujący się na wyspie Cape Breton słynącej z niesamowitych widoków – wysokie klify, trudno dostępne plaże i oczywiście dużo lasu i gór. Lasy to ponad 40% powierzchni Kanady. Tam pierwszy raz zobaczyliśmy w oddali czarnego niedźwiedzia, a także parę łosi. Jeżeli widzieliście to zwierzę na wolności to wiecie, że jest to obraz dostojeństwa, siły i charakteru. Spotkanie z dzikim łosiem nie musi kończyć się dla człowieka dobrze, ale owa para spokojnie sobie chillowała w lesie przyzwyczajona do towarzystwa naszego gatunku. Jedną z nocy w Cape Breton spędziliśmy w pobliżu wodospadu, z którego prawie spadłem schodząc na dół obciążony statywem i aparatem. Na początku wydawało się, że dziura w nodze nie będzie groźna, adrenalina skutecznie pokryła ból. Po ilości krwi i bliższej inspekcji okazało się jednak, że skała wyrwała spory kawałek mięsa. Moim lekarstwem byłoby spryskanie tego wodą kolońską i być może plaster. Na szczęście byli w pobliżu mądrzejsi ludzie, grupa cyklistów, którzy zawyrokowali, że this looks kinda deep, opatrzyli ranę tak jak trzeba, mieli ze sobą również plastry przypominające szwy i bandaże, więc szczęśliwym trafem sytuacja została początkowo opanowana. Gdyby nie oni mógłby to być początek końca kanadyjskiej wyprawy. Gdybym nie złapał się w ostatniej chwili gałęzi spadając z wodospadu mógłby to być w ogóle koniec, ale c’est la vie. Następnego dnia noga naturalnie spuchła, nie uniknęła zakażenia i ostatecznie skończyło się na lekarzu i antybiotykach. Podróż na szczęście była mimo to kontynuowana.

     Ostatnim przystankiem był kolejny turystyczny klasyk wschodniej Kanady – Bay Of Fundy – do którego dostaliśmy się zahaczając jeszcze o Prince Edward Island. Cudowne krajobrazy poszarpanych przez wieki skał, a także niesamowite nocne nieba. To tam pierwszy raz zobaczyłem Drogę Mleczną – wrażenie było niesamowite. Wcześniej w drodze zgubiłem już jednego Reebok’a (post niesponsorowany), więc chodziłem teraz pół boso. Po nocnej sesji na mokradłach/bagnach pożegnałem się też z drugim butem, którego nie było sensu ratować, skończył więc w ognisku, co oczywiście było słabym pomysłem, bo się prawie zatruliśmy toksycznym dymem. Rezultat taki, że ostatnie 2 dni przemierzałem Kanadę już zupełnie boso, co wszystkim polecam, bo dobrze jest mieć kontakt z Ziemią.

     Bez rozpisywania się powiem, że 12 dniowy roadtrip podczas którego zrobiliśmy ponad 4000km był sporym plusem i że oczywiście zastanawiam się jak to wszystko wygląda w śniegu…Kanada to takie spokojniejsze i rozsądniejsze Stany Zjednoczone, gdzie ludzie do siebie nie strzelają i mają publiczną służbę zdrowia, ponadto brakuje im gdzieniegdzie rąk do pracy, chętnie więc przyjmują imigrantów. Gigantyczny kraj, w którym mieszka mniej ludzi niż w Polsce, a którego nie trapią wojny, bieda, nierówności społeczne i rasizm wydaje się dobrym miejscem na spokojne życie blisko przyrody. Nad tym warto się zastanowić. Ponadto Quebec ma nie tylko piękną stolicę, której nic nie brakuje (Montréal), ale również mówi się tu po francusku – języku brzmiącym dużo lepiej niż angielski, choć trzeba powiedzieć, że na prowincji tej prowincji usłyszałem odmianę français – swoista mieszanka tegoż i amerykańskiego akcentu – która doprowadziłaby do rozpaczy nie tylko rodowitych Francuzów. Byłem przekonany, że mówi do mnie anglojęzyczny Kanadyjczyk, który nauczył się trochę francuskiego i się bardzo stara, ale Antoine wyprowadził mnie z błędu mówiąc, że to jest rodowity mieszkaniec Quebec’u (Québécois) i że tutaj tak się mówi. Ça va alors…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>