1 listopada zamiast na groby wybór padł na najwyższe pasmo Gór Kantabryjskich na północy Hiszpanii – Picos de Europa. Formacja ta położona jest jedynie 25 km od Atlantyku, który można z jej szczytów z powodzeniem obserwować przy pomyślnych wiatrach. Według legendy nazwę tej grupie nadali żeglarze powracający z dalekich podróży do domu. Strzeliste, bielone przez połowę roku śniegiem, wysokie szczyty były dla wspomnianych podróżników nieraz zwiastunem rodzinnych stron. 

     Gdy docieram na dworzec autobusowy w Bilbao zaskakuje mnie chmara bardzo chętnych I gadatliwych turystów. W Hiszpanii rozpoczął się właśnie długi weekend. Najwyraźniej nikogo nie zraziły prognozy pogody zapowiadające znowu deszcz na sobotę i niedzielę (na co po cichu liczyłem). Po niespełna dwóch godzinach jestem już w Santander na rogatkach którego wita mnie wielki ogromny czerwony znak banku Santander, witający mnie w swoim mieście, tak jakby największy chyba bank w Hiszpanii po prostu to miasto sobie zawłaszczył po swoim sukcesie ekonomicznym. Po drodze oczywiście się rozpadało – nie należy mieć złudzeń co do aury o tej porze roku w północnej Hiszpanii. Jest zawsze mokro. Z Santander łapię autbous do Potes, małej turystycznej miejscowości tuż przy granicy Parku Naturalnego Picos de Europa. W międzyczasie jednak, oczekując na autobusy, krótki rzut okiem na Santander, które jednak w tej aurze wygląda bardzo smutno. Nikogo nie ma na ulicach. Ot jeszcze jedno typowe senne hiszpańskie miasto zimą.

     Do Potes docieram około 18 nie mając oczywiście zarezerwowanego noclegu, zakładając, że na miejscu będzie parę opcji. Potes okazuje się jednak dość małą, choć mocno turystyczną mieściną z jedną krętą drogą i usłanymi wokół niej karczmami a dalej dość urokliwymi domami. Taki malutki Karpacz powiedzmy. W jednym z barów pytam o pokoje. Mamy – mówi mi otyły właściciel – €25, oświadcza. Chciałbym zobaczyć pokój. Oczywiście – kiwa głową wręczając mi klucz – 3 piętro po lewej, ja tam na górę nie będę wychodził. Wspinam się starą drewnianą klatką schodową po ciemku. Pokój w porządku, w kącie stoi elektryczny grzejnik, a okno raczy panoramą miasteczka i górami w tle, ale surowy dość jak na proponowaną cenę. Podróż jak zwykle niepięciogwiazdkowa, więc próbuję drobnych targów, które jednak nie przynoszą skutku. W Europie zachodniej ludzie już się raczej nie targują, mają zwykle jasno określony „cennik usług”. Mówię, że sprawdzę jeszcze inne hotele i wrócę, licząc na tańsze opcje. Dobrze, mówi właściciel, ale ostrzega, że rezerwacji oficjalnie nie dokonałem zatem pokoju wkrótce może już nie być. To raczej tani trick, mam ochotę mu to powiedzieć, ale mówię za to, że oczywiście rozumiem. Po 10 minutowym tour po Potes wracam jednak do tego samego baru. Niech będzię – mówię mężczyźnie za barem. Tego pokoju już nie ma, właśnie wynająłem go tej rodzinie, która wychodziła – słyszę w odpowiedzi. Teraz mam jeszcze jeden po €30. Uśmiecham się do siebie. Niech będzie – mówię.

     Z Potes do Fuente De’, gdzie znajduje się kolejka górska na szczyty Picos, są 24km. Nie ma autobusów. Nazajutrz wyruszam więc z plecakiem w całym (fotograficznym) rynsztunku ze statywem w roli głównej asfaltową drogą. Jest początek listopada, ale t-shirt w zupełności na razie wystarcza. Szybko jednak uznaję, że próba dostania się do celu piechotą nie ma sensu. Przejście 24km zajęłoby mi co najmniej 4-5h. Bezsensu. Przystaję więc w dogodnym miejscu i wyciągam autostopową rękę. 10Min później jadę już z młodą parą w kierunku Fuente De. Mężczyzna gdy dowiaduje się, że robię zdjęcia, prosi mnie bym mu jedno przesłał, bo oni zapomnieli aparatów (co też uczyniłem po powrocie). Biorę email i parę wskazówek i wsiadam do kolejki, która zabiera mnie na początek szlaku. Jest słoneczny piątek, a mój plan to przejść od kolejki na Horcados Rojos, stamtąd aż do najwyższego szczytu tego pasma Torre Cerrejos (2.648 m.n.p.m) i stamtąd do Bulnes, gdzie zamierzam tej nocy spać. Nie mierzyłem ile dokładnie jest to kilometrów (choć w górach nie bez powodu podaje się raczej czas trasy a nie kilometry), ale z moich wcześniejszych badań/przygotowań wynikało, że da się to zrobić w 1 dzień i dwóch lokalsów tak zwanych mi to na miejscu potwierdziło. Po przyjeździe do Potes poprzedniego dnia bałem się, że nie będzie śniegu. Pytałem nawet właściciela hotelu czy już jest zaraz po przyjeździe. Oh i to ile, machną ręką w typowym hiszpańskim geście. Tam najlepiej się w ogóle nie pchać. Od 3 dni pada na górze, wszystko zasypane. Najlepiej w ogóle tam nie chodzić. „Po co ryzykować”. Tą poradę około 60 letniego leniwego otyłego hiszpańskiego właściciela natychmiast z pobłażaniem zignorowałem, ciesząc się na śnieg.

     No i faktycznie śnieg jest. Po wyjściu z kolejki szybko okazuje się, że czapka i rękawiczki były bardzo trafnym zakupem tak jak i śniegowe ochraniacze od butów po kolana (pilainas – nowe słowo w hiszpańskim słowniku, natomiast w polskim jeszcze go brak). Najlepszym jednak posunięciem było wzięcie słonecznych okularów. Śniegu jest sporo i mocno razi oczy. Ponieważ jednak jest też w miarę ciepło śnieg jest dość mokry, co utrudnia wędrówkę. Na samym początku odwiedzam zardzewiały taras widokowy, szybko jednak robi mi się zimno, trzeba się więc ruszyć. Póki co jeszcze w towarzystwie rozsianych po szlaku turystów. Po 2h śnieg robi się coraz głębszy, góry coraz bardziej strome, a plecak coraz cięższy. Nie ważyłem go, ale na oko oceniłem na ponad 10kg, może nawet 15kg, czyli znowu za dużo. Sam statyw i aparat to jednak co najmniej 5kg. Docieram poważnie już zmęczony do schroniska-budy-blaszaka Cabaña Veronica, gdzie ku mojemu zdziwieniu urzęduje dwóch jak sądzę wysokogórskich ratowników. Jest też parę górołazów. Buda ma może 3m2. Z przyjemnością zrzucam plecak i oczom moim ukazuje się górska panorama. Kolejny powód do radości, Tymczasem na spotkanie wychodzi mi najwyraźniej mocno doświadczony człowiek gór, czyli w mojej terminologii, „górnik”. Człowiek ten na oko 60 letni zaimponował mi kolorem swojej skóry, który był mieszanką brązu, pomarańczy, whisky i śliwki. Dużo pan w górach spędza czasu, pomyślałem. W głębi schroniska krząta się jeszcze jeden mężczyzna robiąc gorącą kawę, którą mnie częstuje dolewając bliżej niezidentyfikowany alkohol. Inni spacerowicze, którzy kulą się przy stole, cieszą się razem ze mną na widok butelki. Pytam ich jak trasa do Bulnes (szczytami gór). Starszy górnik patrzył na mnie krytycznie i pyta czy mam material. Wywnioskowałem, że chodzi mu o sprzęt górski typu raki. Mówię, że nie. I czekana też nie. No to nie da rady – stwierdza sentencjonalnie. I tu mnie zaskoczył absolutnie, bo zupełnie się takiej odpowiedzi nie spodziewałem, mój plan A runął właśnie pod ciężarem tego jednego zdania a nie minęły jeszcze 2h wędrówki. Planu B nie miałem – często tak lepiej. Mężczyzna, który podwiózł mnie do Fuente De twierdził, że to, co zaplanowałem to co prawda 9h marszu, ale się da. Tymczasem po twarzy ogorzałego górnika widzę, że jednak nie. Od razu mu oczywiście uwierzyłem, bo jak pisałem, miał dobre referencje wypisane na twarzy, ale moja z kolei twarz musiała chyba wyrażać wyraźne rozczarowanie lub niewiarę, bo mężczyzna uznał za stosowne powtórzyć mi to samo (co zresztą jest w Hiszpanii nagminne), a wkrótce nawet wręcz przekonywać, żebym o tym nawet nie myślał wyraźnie widząc po mojej twarzy, że trudno mi ten fakt zaakceptować. Pytam zatem co mogę zrobić w zamian, bo chcę jednak na najwyższy szczyt rzucić okiem z góry. Niestety obaj gospodarze maleńkiego schroniska, gdzie chyba nota bene spali na pryczach, serwują mi dwie opcje, z których żadna nie jest do przyjęcia. Możesz u nas się przespać (mogę, ale po co? pytam ich, przecież jutro będzie to samo, tak? A zresztą jest dopiero 15) albo wrócić, mówią mi. Słowa wrócić jednak nie zabrałem ze sobą na tą wycieczkę i na sam jego dźwięk przebiegają mnie dreszcze. Zaraz, zaraz, mówię, wrócić? Musi być jakiś inny szlak, prawda? A może ten, a może tamten, pytam. Kiwają głowami. Śnieg jest świeży, mówią już teraz obaj naraz nagle jakby zaniepokojeni, że nie porzuciłem jeszcze tego pomysłu i najwyraźniej chcę się wpakować w jakieś kłopoty, z których nie kto inny jak oni sami musieliby mnie wyciągać. Ja wyczuwając to z kolei w ich głosie upewniam się jeszcze bardziej, że faktycznie opcję przejścia szczytami należy ewidentnie odłożyć, skoro tak nagle zaczęli mnie obaj niby spokojnym głosem przekonywać. Ufałem temu starszemu zresztą od początku, ale jeszcze im tego nie powiedziałem. My ci zabronić iść nie możemy, możesz iść – mówią mi obaj – ale w zeszłym roku dziewczyna z Madrytu „nam spadła” – mówi starszy tak jakby był pasterzem mówiącym o swojej trzódce. Aha! Wpadam na kolejny pomysł. A co jakbym zaszedł Naranjo de Bulnes z drugiej strony? A tak, tak – można, prawdopodobnie bez problemów. Tylko musiałbyś się dzisiaj jeszcze dostać do Sotres i iść dopiero jutro. I to jest do zrobienia jeszcze dziś? Pytam. Tak, w 3-4h powinieneś być na miejscu. Musisz zawrócić i odbić w lewo. Bez zwlekania wyruszam zatem po drodze jednak odbijając jeszcze na Horcados Rojos, z których roztacza się niebotyczny widok z jednej strony ośnieżonych do połowy gór z purpurowymi lasami w ich dolnych partiach, a z drugiej trójkąt Atlantyku, który wcisnął się pomiędzy dwa strzeliste wierzchołki (jednym z nich jest Naranjo de Bulnes, 2.500 m.n.p.m) a wiszące nisko chmury. Zatrzymuję się tam na krótką sesję i ruszam dalej. Okazuje się, że wypad na Horcados Rojos potrwał nieco zbyt długo i jest już prawie 18. Za godzinę będzie się ściemniać. Ostatnia kolejka z powrotem do Fuente De właśnie odjechała (choć nie chciałem jej wcale łapać) i teraz faktycznie pozostał mi już tylko marsz do oddalonego o 11km Sotres. 3h.

       To już szósta godzina wędrówki z plecakiem w śniegu (kolejne rozsądne posunięcie – zabranie ze sobą dużo pintxos (tapas), czyli powiedzmy sobie „kanapek”, i czekolady oraz wody. Doświadczenia z 7h morderczej wędrówki po dżungli w Kolumbii z pustym od 24h żołądkiem procentują. A mimo to po cichu liczę, że nieco niżej położone schronisko będzie otwarte. Po około 45 min okazuje się, że nic z tego, wszystko pozamykane na cztery spusty. W tym momencie wiadomo już, że czeka mnie jeszcze 2h szybki marsz, z czego ostatnia godzina, w najlepszym wypadku pół, po ciemku. Na szczęście również na to jestem przygotowany – mam latarkę. Tyle że nie chce mi się za bardzo już iść. Mobilizuje mnie jednak zawsze pożyteczne i trzeźwe poczucie lekkiego zagrożenia. W Bieszczadach niedźwiedzie, w USA policja, a tutaj? Co najwyżej potencjalny nocny mróz, gdybym np. zdecydwał się przespać pod drzwiami schroniska, co też rozważałem. Niby nic się nie dzieje, nie jest już nawet tak zimno bo w ostatnich 2h zszedłem na pewno około 300-400 metrów w dół, może więcej, na scieżce nie ma już nawet śniegu. Ale jestem też sam (nikogo już na szlakach nie ma, skoro kolejka odjechała, a schronisko pozamykane) i tak naprawdę nie wiem jak będą wyglądały te 2h. Może będą ostre podejścia, może jakieś inne nieprzewidziane kłopoty. Może na przykład skręcę kostkę czy coś podobnego, kto wie (to by w zasadzie uniemożliwiło powrót i zmusiło do noclegu w górach nocą – nie, nie mam ze sobą namiotu). Telefon komórkowy oczywiście już na resztkach baterii – klasyk. Okazuje się, że nie myliłem się i faktycznie ostatnią godzinę idę już po ciemku. Mija mnie po drodze jedno wolno pnące się drogą auto terenowe. Myślałem, że może się zatrzymają, zapytają co tu robię, itd., może nawet na to trochę liczyłem, „może cię podwieźć”, „a no skoro już proponujecie”. Auto jednak powoli przetacza się koło mnie i wkótce niknie w oddali. Nie próbuję ich zatrzymać. Przynajmniej wiem, że coś tam na końcu drogi jest (dla wierzących). Niestety auto za jakieś pół godziny mija mnie tym razem jadąc w drugą stronę. Hm (wiedziałem). Generalnie jednak noc jest bardzo przyjemna, nawet ciepła (ok 10C jak sądzę) i nie zaskakują mnie żadne zwierzęta. Widoki za to powalające. Pierwszy raz też w życiu popełniam świętokradctwo, na które dawno już miałem ochotę, i zamiast słuchać muzyki gór zakładam na uszy słuchawki, sam nie będąc do końca do tego pomysłu przekonany. Ale jednak. Soundtrack z Game Of Thrones idealnie komponuje się z mrocznymi, ośnieżonymi, zupełnie opustoszałymi górami. Odkąd jednak robi się ciemno słuchawki wracają z powrotem na szyję, bo skoro główny zmysł został wyłączony wraz z zachodem słońca, dużo badziej polegać muszę teraz na słuchu.

Ciekawa obserwacja – gdy wyruszałem w stronę Sotres z zamkniętego schroniska, które w sierpniu podobno wypełnione jest po brzegi turystami, znak/drogowskaz wyraźnie mówił „Sotres 2h”. No to dla mnie 1.30H – od razu dziarsko pomyślałem, uznając że owe 2h na pewno przeznaczone są dla powolnych turystów. Chciałem oszczędzić sobie kłopotu i ujśc jak najwięcej gdy coś jeszcze widać, bo po ciemku mogło być różnie. Tymczasem jednak ktokolwiek napisał na znaku 2H nie żartował. Wydawało mi się, że szedłem nader szybko, jak to się ładnie mówi – raźnym krokiem – jednak po dotarciu do Sotres, okraszonym ostatnim kilometrem morderczego podejścia, które wycisnęło ze mnie resztkę sił do tego stopnia, że przed samym wejściem do pierwszego napotkanego hotelu musiałem zrobić sobie kilkuminutową przerwę aby złapać oddech, pozwolić krwi odpłynąć z twarzy i być w stanie w ogóle rozmawiać, okazało się że trasa zajęła mi 1H50min. Nadrobiłem więc tylko 10min.

Szczęśliwym trafem hotel miał wolne pokoje i €30 brzmiało jak doskonała cena po 9h wędrówki. Myślę, że €50 też byłoby w porządku (nie żebym miał jakikolwiek wybór…). Ja już po prostu nie byłem w stanie nigdzie indziej się przemieścić. Właściciel zaproponował żebym usiadł na sofie gdy on wypełni druczki. Uśmiechnąłem się. Postoję – mówię mu – nogi jeszcze mogą się dzisiaj przydać. W nagrodę dostałem przyjemny pokój z telewizorem, w którym o dziwo hiszpańska telewizja zdecydowała się tego wieczoru na ponad godzinny wywiad z pewnym bardzo znanym literatem, a nie na przykład znaną tlenioną piosenkarką. Hotel miał oczywiście bar a na piętrze małą restaurację, więc po prysznicu udałem się od razu na kolację, którą była fabada asturiana aka cocido asturiano, czyli idealna na górskie warunki mieszanka ziemniaków, fasoli, chorizo i paru warzyw. Po tym kulinarnym epizodzie i dobrze grzejącym whisky chciałem opuścić restaurację, ale niestety mięśnie w międzyczasie już ostygły (zastygły), a z kolei moje kolana również postanowiły jeszcze trochę zostać. W końcu jednak pokuśtykałem do pokoju gdy nikt nie patrzył martwiąc się trochę o jutrzejszą trasę jeżeli strajk kolan miałby trwać do rana.

Na szczęście kolana odpoczęły i nazajutrz w nie najgorszej formie były razem ze mną. Po nakreśleniu planu na dzień następny powiadomiłem właściciela, że zostaję na jeszcze jedną noc. Ucieszył się i zaraz opowiedział mi, że w lecie oczywiście pracują u niego Polki i że są super i z Bielsko Białej, i czy ja jestem też z Bielsko Białej (nie, nie wymówił tego, ale było to najbliższe moje skojarzenie) na co powiedziałem mu że nie, że z Wrocławia, na co on złapał przechodzącą obok córkę/kelnerkę i poinformował ją z soczystym uśmiechem, że jestem nie tylko Polakiem tak jak [tu padły imiona polskie] ale że jestem też…z Bielsko Białej. Oczywiście przytaknąłem (to o niczym nie świadczy, to nic nie znaczy) i zauważyłem, że bardzo się cieszę, że nie pada. I nie będzie padać na razie, orzekł właściciel oferując mi na drogę kanapkę. Jakie to miłe! Dobry gospodarz hotelu dba o gości – pomyślałem i zgodziłem się choć wiedziałem, że będzie to ogromnych rozmiarów twarda bagietka wypchana chorizo i tak też w istocie było. Ale liczy się gest. Nazajutrz dowiedziałem się jednak rzucając okiem na rachunek, że taki miły gest potajemnie kosztuje €5, nawet jeśli jestem z Bielsko Białej.

Jak tylko wyszedłem z hotelu tym razem z lżejszym nieco plecakiem, jako że mogłem zostawić rzeczy w hotelu, zaczęło padać. Byłem na to przygotowany i prawie od stóp do głów chroniony przez przeciwdeszczowe materiały ale wyjątkiem były jednak spodnie od kolan w górę. Te podczas 4.5h wędrówki na szczyt Naranjo de Bulnes mocno przemokły. Drugi dzień wędrówki na początku wytoczył wspomniany siąpiący deszcz do czego zaraz dorzucił ścielące się nisko mgły. Na szlaku nie byłem sam. To znaczy byłem sam, ale na początku szła za mną grupka profesjonalnie ubranych górołazów, którzy jednak musieli chyba gdzieś po drodze zawrócić, bo potem ich już nie widziałem. I tu kolejna refleksja – nawet źle i pstrokato lub sztucznie wyglądająca odzież nylonowa jednak została wymyślona na takie okazje nieprzypadkowo. W opozycji do moich bawełnianych koszul, podkoszulek i wełnianych swetrów, które przemakały doszczętnie po całości przy ostrych podejściach, te szcztuczne wynalazki muszą zdawać egzamin. Trudniej też się zaziębić lub wyziębić jak słyszę.

Cały atak Naranjo de Bulnes odbywał się w sytuacji pogodowej, którą wielu zdefiniowałoby jako „brzydką”. Nie nazwałbym jej brzydką, przeciwnie, całkiem dobre widoki serwowała z mgłami gotującymi się w dolinach i rzucającymi się na mnie nagle ni stąd ni zowąd by potem znowu opaść, ale mokry teraz śnieg i deszcz wędrówki nie ułatwiały, a ponadto widoczność tego dnia faktycznie nie przekraczała kilkudziesięciu metrów więc o wielowarstwowych panoramach można było zapomnieć. Podejście od Sotres do schroniska koło Naranjo de Bulnes jest tak skonstruowane, że ostatni kilometr lub dwa są najcięższe i bardzo strome. Ślizgając się w błocie i chlapie a to znowu wpadając w pół metrowe śniegowe puapki po kolana brnąłem do przodu. Po raz pierwszy też przydała mi się przeciwdeszczowa ochrona na pokrowiec na aparat. Cała pętla od Sotres do Piccu Urielu (alternatywna nazwa Narajno de Bulnes) i z powrotem miała 24km i według drogowskazów miała trwać 4h w jedną stronę. Znowu były to jednak wytyczne chyba na lato bo ja po 4h nadal schroniska nie widziałem. Coraz bardziej zmęczony i świadomy, że przede mną jeszcze około godzina, mocno już wyczerpany, pomyślałem sobie, że może jednak zawrócę, że to schronisko nie jest takie ważne. Ale słowo „wrócić” znowu podziałało ożywczo, gorąco zakrzyknąłem w duchu „nigdy” i brnąłem dalej kwitując to suchym „bez żartów”. Po pół godzinie wdrapywania się na sam szczyt, gdzie schronisko miało ukazać się dosłownie lada chwila za każdym kolejnym zakrętem lub wzniesieniem, a jednak się nie ukazywało, stwierdziłem ostatecznie, że albo zobaczę w końcu to schronisko za tym najbliższym wzniesieniem, do którego podchodziłem teraz i które oddalone było o jakieś kolejne 200m, albo naprawdę już zawracam. W końcu mam jeszcze 4h w tej brei z powrotem też. Szczęście jednak dopisało, bo faktycznie za wzniesieniem ukazał mi się wreszcie zielony budynek. Miałem ogromną nadzieję, że będzie otwarte i na szczęście było. W schronisku szybki 20minutowy postój, tak aby mokra koszula nie zdążyła zrobić się nieprzyjemnie zimna pod swetrem i polarem (jedyna w schronisku grupa siedząca przy stole nieopodal uzbrojona była cała w nowocześnie wyglądającą odzież a przeto i dobry suchy humor – ja w swoim wełnianym swetrze wyglądałem trochę jak oldschool z głębokiego XX wieku), w międzyczasie zupa jarzynowa, herbata, whisky, dwa kęsy czerstwej hotelowej kanapki z chorizo i powrót.

Wychodząc znowu na zewnątrz nasuwając czapkę na czoło zdążyłem jeszcze zadać sobie standardowe pytanie po co w ogóle człowiek wychodzi na taką górę, żeby zaraz z niej zejść, odnalazłem natychmiast odpowiedź rozglądając się po okolicy, zapaliłem mojego ulubionego papierosa i rozpocząłem powrót. W przeciwieństwie do pierwszego dnia dzisiaj okulary były zupełnie niepotrzebne. Góry spowite mgłami i wilgotną szarością były przyjemnie puste i tajemnicze. W połowie trasy na raty mijała mnie wcześniej opisana około 8 osobowa grupa dziarsko niemal biegnących po skałach zapaleńców. Zatrzymałem się by ich przepuścić i znowu być sam na szlaku (tym razem w towarzystwie Mildred Pierce również dobrze komponującej się z otoczeniem), niestety grupa rozciągnęła się i niechcący znalazłem się w jej środku widząc przed sobą jaskrawo czerwoną kurtkę mężczyzny i jasnożółte spodnie kobiety, a za sobą potok zielono-szaro-różowych kurtek przeciwdeszczowych, kijków trekkingowych (czy one mają nazwę własną?) itd. Nie mogłem się ich pozbyć, bo za każdym razem gdy mnie wyprzedzali robili zaraz ni stąd ni zowąd postój i wtedy znowu ich mijałem, bo postojów robiłem mało, a potem oni znowu mnie doganiali i tak dalej. Zaczęło mnie to już nawet nieco irytować gdy na pomoc przyszła gęsta mgła i się całkiem dosłownie w tej mgle wszyscy rozpłynęliśmy.

Dotarłem do hotelu znowu wyczerpany i znowu wracawszy o zmroku przeszedłwszy 50km w 2dni z 15kg plecakiem. Nie było to do końca planowane, ale tak wyszło. Picos de Europa to na pewno góry, które pomimo zaledwie 2600m.n.p.m w najwyższych partiach do łatwych tras w zimie nie należą i jak każde góry, mogą zaskoczyć. Wszelkie trudy wynagradzają widoki i panująca tam najwyraźniej w listopadzie cisza. Z jednej strony trafiłem na najgorszy okres do chodzenia ze względu na mokry śnieg, z drugiej jednak strony ciekawa to pora gdy szczyty są już białe, ale w niższych partiach nadal jeszcze ciepła jesień.

Nazajutrz musiałem wracać. Znowu okazało się, że nie ma z Sotres autobusów poza Park Naturalny, mogłem więc albo łapać stopa albo iść 17km asfaltową drogą. Początkowo wybrałem stopa, ale że miałem ze sobą ulubione papierosy a dzień był ciepły i słoneczny, postanowiłem dać sobie kilka kilometrów świeżego powietrza i widoków i potem przesiąść się do samochodu. Jak mówiłem dzień był ładny, co i rusz odwlekałem opcję stopa nie będąc gotowym jeszcze na pożegnanie z Picos, więc skończyło się na tym, że przeszedłem pół trasy. Potem jednak stopy moje i nogi po wcześniejszych 50km zaczęły dawać mi znać, że nie muszę naprawdę dokładać jeszcze kolejnych 7km po twardym asfalcie. Zatrzymuję się i wkrótce jadę już autem w stronę Cangas de Onis, skąd mam mieć autobus do Santander. Na miejscu okazuje się, że jest taki faktycznie ale o 17, a jest dopiero 12. Sprzedawca w sklepie, w którym kupuję tradycyjny ser kantabryjski radzi mi bym jechał w lewo. Tak też robię. Staję na wylocie miasteczka i czekam. Tu pierwsze oznaki, że autostop nie działa idealnie. Czekam około 20 min. W końcu ktoś się zatrzymuje i jedziemy. Szybko jednak okazuje się, że podobno jadę w złą stronę, kierowca twierdzi że teraz jadę w stronę Asturias a dalej Galicji a ja przecież chcę wracać do Bizkaii i Kraju Basków. Tak mi poradzono, mówię mu. Nie rozumiem, nadrabiasz teraz około 50km. No to zawracajmy mówię mu. Nie ma problemu, mówi mi i zostawia na stacji benzynowej po drugiej stronie miasteczka. Zrzucam plecak, zapalam papierosa żeby czas się nie dłużył i wystawiam autostopową rękę. Czekam. Aut nie za dużo na tej trasie a większość z nich to młode pary. Który mężczyzna/kierowca chciałby mieć mnie za pasażera, gdy jedzie ze swoją dziewczyną, myślę. Niewielu. A skoro przestałem się ruszać, robi się też pomału zimno. Czekam, macham. Nic. Same młode pary i wypełnione auta rodzinne. Jest niedziela, godzina 13 w Parku Narodowym. Można tylko liczyć na samotnego zmotoryzowanego turystę lub zabłąkanego lokalsa, który nie je akurat obiadu. Sytuacja przestaje mi się podobać coraz bardziej gdy nagle zatrzymuje się wreszcie jakiś czerwony niewielki samochód (nigdy nie pamiętam czym jadę). I tu zaczyna się moja powrotna jazda.

Wsiadam do auta, patrzę na zegar i okazuje się, że stałem na poboczu ponad godzinę. To dawno mi się już nie zdażyło w Europie. Jak tylko wsiadam do auta zaczyna padać – w samą porę, mówię kierowcy wskazując na krople deszczu na przedniej szybie na co on śmieje się, wyciąga rękę i mówi, że lubi swoim pasażerom się przedstawiać. Jose. Pues Luc, mówi mi, prawdę mówiąc masz dużo szczęścia, nie wiem kto by tu się zatrzymał o tej porze w tym miejscu gdyby nie ja. Kultura autostopu w Hiszpanii już zanika. Nie jest to do końca prawda, myślę sobie wspominając letnie wojaże po wschodnim wybrzeżu, ale nic nie mówię, faktem jednak jest że i pora i droga raczej niesprzyjające.

Luc – zwraca się zaraz na początku trasy do mnie Jose – jeżeli nie masz nic przeciwko temu chciałbym odmówić modlitwę. Tutaj zatrzymamy się na krótki opis Jose. Mężczyzna w średnio-młodym-trzydziestoparoletnim-wieku o łagodnym wyrazie twarzy i czarnych oczach (bez niespodzianek); schludnie ubrany w białą koszulę i garniturowe spodnie. Oczywiście – mówię od razu. Jose szepcze słowa modlitwy. Po akcie ubezpieczenia zaczynamy rozmawiać. Jose jest byłym studentem kulturoznastwa, który po dwóch latach studiów otrzymał nagle powołanie. Nie do wojska i nie do kadry narodowej. Od tamtej pory żyje w szeregach zakonu. Jose oczywiście zna Polaków, jest ich nawet paru w zakonie dominikańskim, do którego przynależy. Bardzo mili ludzie, zauważa. Potwierdzam. Kierowca wspomina też Jana Pawła II i swoją wizytę w Krakowie. Sam jest z Asturias, ale jedzie teraz do Madrytu na jakiś konwent. Może mnie podrzucić jakieś 100km do miasta, z którego mogę bezpośrednio wrócić już do Bilbao. Perfecto, mówię mu. Konwersacja z Jose okazała się bardzo krzepiąca, jako że jawił mi się on jako człowiek silnej wiary i poglądu na świat wolnego od wątpliwości. Może nie brzmi zbyt zachęcająco, ale emanował od niego zaraźliwy spokój. Wszystko w rękach Boga – to zdanie trzyma wszystkie odpowiedzi i trzeba powiedzieć, że niezależnie od tego czy się z tym zgadzam czy nie (x), imponuje mi ta niezachwiana wiara, tak jak imponują mi alpiniści czy maratończycy. Rozmawiamy o różnych rzeczach, z których wynika że Jose to typowy typ romantyk-idealista, do czego wkrótce się zresztą sam przyznaje dorzucając jeśli się niemylę do tego „niestety”. A nie, mówię mu, to bardzo dobrze, coraz was mniej (a może powiedziałem „nas”?). W końcu małymi kroczkami dochodzimy do znanej wszystkim doskonale dyskusji o relatywizmie, który Jose oczywiście (całkiem słusznie) delikatnie krytykuje, oskarżając go o bycie łatwym wyjściem, źródłem wielu problemów społeczno-moralnych, a co ważniejsze, o wynaturzenie człowieka, który nie mając jasnego podziału co jest dobre, a co złe, gubi się, i niczym samotna łódeczka bez kotwicy odpływa w siną dal. To oczywiście zależy od tego kto jak na to patrzy, sina dal nie musi być zła – serwuję mu jakby na próbę standardową piłkę niepodkręconą, którą on wedle przewidywań z łatwością odbiera, przechodzi do kontrataku i znowu muszę się schylać pod stół w poszukiwaniu pingponga. To jest właśnie ten popularny dzisiaj relatywizm Luc, ale zauważ, że pewne rzeczy są niepodważalne. Przytacza oczywiste przykłady z głębi serca, którym trudno się oprzeć, jeżeli ma się choćby trochę przyzwoitości. Zresztą na tym opiera swój spójny światopogląd i płynący z niego spokój. Ludzie, którzy wątpią mają dużo gorzej.

Jedna z tych autostopowych rozmów, które nie zostaną tak szybko zapomniane. Docieram w strugach deszczu do kolejnego sennego hiszpańskiego miasteczka zimą w zabłoconych butach, i chowam się w jakimś fast-food’ie przy oknie na jakiś czas jedząc pizzę i popijając napojem, którego nie chciałem, ale który wciśnięto mi na siłę oczywiście w ramach promocji. Ku mojemu zaskoczeniu przebyte rano 10km dają się nagle we znaki, nagle już kuleję na prawą nogę trochę, kolana strzykają, a mięśnie ud nieprzyjemnie zastygają. Czas do „domu”. Mam szczęście, bo najbliższy autobus do Bilbao jest za niecałe pół godziny. Wracam znowu w deszczu. Do Bilbao. A potem dalej.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>