Kontynuując narodzoną w zeszłym roku nową świecką tradycję wypadu w polskie zaśnieżone góry w styczniu (poprzednia edycja: Bieszczady 2016), tym razem podnieśliśmy poprzeczkę i wybór padł na Tatry. Wyżej już nie będzie w Polsce. W tym samym składzie wybraliśmy się w wyjątkowo tej zimy białe góry, które nie tylko są wyższe i szersze od Bieszczad, ale również groźniejsze i chyba jednak budzące większy respekt. Temperatury dopisywały, w najwyższej formie spadały 23 kreski poniżej zera, nie można było narzekać na ocieplenie klimatu. Pierwszy raz w życiu założyłem na nogi raki i pierwszy raz w życiu w ogóle chyba doświadczyłem tak niskich temperatur. Ocierałem się już wcześniej o -20C ale nie przypominam sobie bym poza szklistą dwudziestkę wykroczył. Także i na zamknięcie roku 2016 było parę pierwszych razów (zorza polarna na Islandii) i na dobre rozpoczęcie 2017 również pierwszy taki zimny prysznic. Poza tym w Tatrach ostatni raz, poza małym i niespecjalnym wyjątkiem: sylwestrze w Zakopanem, byłem dobre 20 lat temu! Pamiętam zaśnieżoną Dolinę Kościeliską i kuligi. Ale musiałem mieć wtedy nie więcej niż 10 lat, a być może 8, bo jak sobie przypominam śpiewałem już pod prysznicem pierwsze piosenki po angielsku, co usłyszał hotelowy sąsiad zza ściany, który był Anglikiem. Bardzo się ucieszył że ktoś obok wydziera się w jego ojczystym języku loop-ując co i rusz I am tiiiiiireeeed I am tiiiireeeeed I’m soooo tiiireeed do melodii jingle bells. Potem przy kolacji na stołówce zapytał mnie czy to przypadkiem nie ja byłem tym dziecięcym głosem tak wspaniale śpiewającym za ścianą. Trzykrotnie wyparłem się go. Wasn’t me! Nah-ah. I to jest jedyne wspomnienie z Tatr oprócz kawałka Doliny Kościeliskiej. Trzeba było zrobić nowe.

    Pierwszy dzień na rozgrzewkę Morskie Oko. Całkiem spoko. Schronisko wypełnione turystami, kiełbasami, plastykowymi butelkami coca-coli i żurem z grzankami. Zjedlim, poszlim żółtym szlakiem w stronę Szpiglasowego Wierchu. Pogoda nie była z tych tak zwanych dobrych. Wiało, zimno, widoczność znikoma. Nie uszliśmy nawet kilometra gdy z drogi zawrócił nas TOPRowiec. Gdzie idziecie? Tam! Nie dojdziecie – zawyrokował krótko i treściwie. Mówił do nas znajomym mi głosem. Jest to ton górnika, który pracuje jako ratownik wystarczająco długo, żeby po dziurki w nosie mieć turystów, którym coś się wydaje. Zwłaszcza młodych mężczyzn, co o górach mają pojęcie głównie z filmów i mocno przesadzonych opowieści znajomych. Że są silni i że dadzą rade. Im mniej się wie, tym się więcej wydaje, że się wie bardzo dużo. A jednocześnie głos człowieka, który de facto nie może nas fizycznie zawrócić z grzesznej drogi, może tylko starać się przekonać, robić groźne miny, itd, a potem, w razie gdyby brakło mózgu lub doświadczenia miejskim zapaśnikom i zdecydowaliby się na kontynuację, to właśnie on musiałby iść w ten śnieg i ich ratować. Pozycja nie do pozazdroszczenia. Już ze mną tak rozmawiali górnicy w Pirenejach. Ja na szczęście nie taki głupi, doświadczenia mam przynajmniej na tyle, żeby wiedzieć że trzeba słuchać GOPRowców i im podobnych ekspertów. Nie-to-nie. Zresztą nie była to jakaś wielka niespodzianka, że warunki są ciężkie. Mężczyzna ruszył niepewny czy do nas dotarło, bo mu powiedzieliśmy że jeszcze sobie pójdziemy za winkiel, ale na pewno nie wpakujemy się w żadne problemy i zawrócimy. Obiecujemy. Tak też zrobiliśmy i wieczór i noc spędziliśmy w niżej położonym i dużo przyjemniejszym niż Morskie Oko schronisku Roztoka jedząc kapuśniak i tym podobne polskie klasyki.

     Drugi dzień to podejście do schroniska Pięciu Stawów. Zajęło nam to dobre kilka godzin, może nawet i pół dnia. Zrobiwszy 70% trasy okazało się że jest jeszcze 1h pod górę. Szlak bardziej się czernił niż niebieszczył czy czerwienił. Żarty się skończyły. Góra była stroma, śniegu dużo, wiało mocno-mocno. Nawet padła propozycja odwrotu, ale szybko odrzucona. Co to! Damy radę. Paszlim! Mozolnie pnąc się pod górę, woda w butelkach już pozamarzała, tak jak i czekolada i twarze. Tutaj nagle jakaś trójca z Anglii czy Belgii czy Szwajcarii chyba nas wyprzedza w jeansach. Co jest!? Nic to, po godzinie z małym zapasem sił dochodzimy do schroniska, a to okazuje się być jeszcze ładniejsze i milsze niż poprzednie. Znowu kapuśniak. Obok nas Belg je kotleta i mu smakuje, wszystko się zgadza. Wieczorem nocna foto sesja, ale dość krótka, bo wiało jak diabli (video). Ku mojemu zdziwieniu testowany nowy aparat Fuji nic sobie z tych temperatur nie robi, kręcił filmy, robił zdjęcia. Jakość filmów (nawiasem mówiąc) wyśmienita! Noce w schronisku są spokojne acz barwne, dużo górołazów z całej Polski. Można łatwo zmienić stan świadomości w takich nietypowych okolicznościach przyrody, co też nam się udawało. Nazajutrz dylemat. Zostać i czekać na zapowiadane słońce i lepszą pogodę czy wracać. Czy w ogóle iść gdzieś het bez rakiet we mgłę byle przed siebie. Zdania są podzielone, prognozę pogody jak zawsze każdy ma swoją. W końcu wracamy i spacer ten po nocy w ciągu której mocno dopadało śniegu jest idealnym tatrzańskim chilloutem! Łatwo i przyjemnie. Pogoda pozostaje pochmurna, więc nie żal, że nie zostaliśmy na górze. Śpimy znowu w schronisku Roztoka, gdzie chciałem wieczorem się poczęstować Żubrówką stojącą na sąsiednim stole. Gdy pytam dwóch jej właścicieli patrzą na mnie najpierw niepewnie, a w końcu mówią, że to nie jest Żubrówka, że to tylko taka butelka. To bimber ze Śląska. No to jedziemy. Smaczne i (chyba) zdrowe. Potem nastąpiła najlepsza nocna foto sesja tej podróży. Razem z Kielanem spędziliśmy na tym mrozie chyba z pół nocy. Trudno powiedzieć, bo czas się zaginał już o tej porze, a niskie temperatury jakby wszystko spowolniały. Tymczasem w 8 osobowym pokoju chrapało trzech Ślązaków, a właściciele przybytku dbali, żeby było tak ciepło jak zimą w wagonach PKP. Czyli cała naprzód. Na oko z 25C to też i spało się ciężko. Otworzyłem okno, a tu znowu -25C na zewnątrz. Delikatna sytuacja.

    Nazajutrz co? Słońce gorące! Nadal pięknie niskie temperatury ale teraz już w scenariuszu pojawiły się skrzące się rwące rzeki i srebrzące śniegiem świerki. Wszytko pięknie. Poszlim zobaczyć co tam po słowackiej stronie słychać. Podobno nie można na przełaj przez zieloną granicę, jest tam jakaś strażnica, no ale nie będziemy nadrabiać 10km żeby przejść przez most. Jakoś to się nam udało, przez moment scenariusz tego dnia przerodził się w szpiegowski film, jakiś klasyk typu James Bond w Rosji (zawsze przeciwko Rosji), oszukaliśmy strażników ignorujących szczekanie psa, który wiedział oczywiście lepiej, no ale ludzie nie są tak sprytni. Więc przeszliśmy przez rzekę, co nie było łatwe, i poszliśmy do sklepu…monopolowego po słowackiej stronie. Tak to jest w domowych stronach. A w zasadzie przekraczaliśmy rzekę dwa razy, bo zlały się tu dwa dni, ale nie ma to większego znaczenia. Drugi raz przechodziliśmy przez zwalone drzewo. Niby tylko około 15-20m kładki, ale takie krok-po-kroczku, ostrożnie co by nie skąpać się w lodowatej wodzie, zajęło z dobre 10min. Ostatniego dnia w pełnym słońcu przeszliśmy het w słowacką stronę i widzieliśmy tym razem już bez mgły ostre szczyty naszych (i ich) gór. Robi to wrażenie! Ale że temperatura nadal w granicach – 23C to i nawet 4h spacer w śniegu jest wyczerpujący. Wróciłem na ostatnich nogach do schroniska. Znowu kapuśniak czy uszka. Tego samego wieczoru jeszcze wracaliśmy 400km do Wrocławia. Nie należy jednak zapomnieć o ostatnim jakże znanym wszystkim Polakom epizodzie pt. problemy z akumulatorem w zimie.

    Auto nasze stało na parkingu cztery dni. Byłem 100% pewien, że nie odpali po takich mrozach. Kielan zapewniał jednak że na luzie, bo to nowy akumulator. No problem. Dotarliśmy do parkingu i po dostaniu się do auta przez bagażnik przystąpiliśmy do odpalenia smoka. Auto ani nawet nie mruknęło. Duh. No to poszukiwania pomocy. Była 7 wieczorem i nie było ciepło. W dodatku Kielana zaatakowało przeziębienie-wycieńczenie okraszone mocnym drgawkami i ogólnie sytuacja znana. Z jednej strony wszyscy to już przerabialiśmy, zimowe perturbacje i tak dalej, ale z drugiej strony czy musimy to znowu ćwiczyć? Właśnie tak! C’est la vie en Pologne w zimie, nie ma lekko. No to parkingowi nam udostępnili swoje auto do ładowania. Akumulator potrzebował 1h (!) żeby zmienić zdanie i w końcu krztusząc się odpalić. Uff! Do tego czasu zdążyliśmy już porządnie zmarznąć, ja miałem mokre buty jeszcze z poprzednich dni, nie był to chillout, ale cóż, ostatecznie ruszyliśmy i z ogrzewaniem na maxa ubrani po zęby przez następne pół godziny czekaliśmy aż samochóddostatecznie się ogrzeje. Taka sytuacja. Im bliżej Wrocławia tym łagodniejsze temperatury – wzrosły do tak luksusowych poziomów jak -17C! Kolejna podróż za nami. Zima w Polsce oby długo jeszcze taka była (i na świecie), bo śnieg jak pisałem gdzieś w poprzednich postach to jest taka serotonina w proszku! Radość! Chociaż z powodu trudnych warunków po szczytach nie pochodziliśmy. Dostawaliśmy tylko co i rusz sms-y czy żyjemy i żebyśmy broń boże nie wychylali nosa ze schroniska, bo tam na nizinach TVN24 niczym rasowe Hollywoodzkie kino akcji kręciło swoje ulubione lody wprawiając wszystkich w stan paniki. Zawieje, zamiecie, śmierć, zagłada, okropności.  Show must go on, oglądalność nie może spadać. Nam tymczasem się bardzo podobało w lodowych Tatrach – może powtórzymy.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>