Większość ludzi nie lubi zimna i zimy – taką stawiam dzisiaj tezę. Również w Nowym Jorku od listopada do lutego co i rusz słychać postękiwania na ten temat, ludzie wydymają wargi rolując oczy, że kiedy to się skończy, co przywołuje w mej pamięci niczym herbatnik Prousta moje życie polskie, czyli okres prekolumbijski, gdzie jak wiadomo wszyscy generalnie narzekają, że zima trwa 5 miesięcy i że chlapa pośniegowa. Rozumiem to, bo w tamtych czasach narzekałem również i ja, zwłaszcza że ówczesna Polska była i nadal jest krajem szarym i smutnym między listopadem a marcem. Zima w Nowym Jorku wygląda trochę inaczej, choćby dlatego że jest dużo więcej słońca, co z kolei przypomina mi zimy madryckie. Oczywiście pokutują tu niezmiennie bawiące mnie stereotypy. Jak tylko mieszkańcy NYC słyszą, że jestem z Polski, od razu mówią, że pewnie ten mróz tutaj to dla ciebie bułka z masłem, czy raczej kawałek ciasta, prawie jak wiosna, this is warm for you! Nope. Zaprzeczam, wyjaśniając zgodnie z prawdą że nowojorskie zimy są sroższe i dużo bardziej śnieżne niż te w Polsce, zwłaszcza gdy porównuję je z naszym biegunem ciepła – Wrocławiem – którego śnieżyce raczej nie paraliżują. W Nowym Jorku takie wydarzenie jest stałym punktem w kalendarzu, zwykle w styczniu lub lutym, chociaż prawdą jest skądinąnd, że nowojorczycy paraliżują się trochę sami, również umysłowo, to znaczy ten paraliż bardziej sobie wizualizują niż on faktycznie następuje. A Wrocław, cóż, jak byłem mały pamiętam, że się jeździło (to już wyrażenia starych ludzi: “się chodziło, się jeździło…”) na łyżwach po wrocławskiej fosie. Dzisiaj raczej można jeździć po jej dnie albo kajakiem.

     Tak więc zimy tutaj w USA na wschodnim wybrzeżu, czy raczej północno-wschodnim jego kawałku, są ciężkie i często zaskakują nie tylko drogowców. To, co różni Amerykanów od Europy to fetysz do tworzenia dramatycznego show z byle jakiego tematu. Daje przykład Hollywood i podążają w te ślady media. Każda śnieżyca jest potencjalnie śnieżycą dekady, która według prognoz absolutnie zniszczy wszystko na swojej drodze i sparaliżuje całe miasto, miliony ludzi będzie dotkniętych jej skutkami. Słyszy się to za każdym razem. W styczniu mieliśmy mieć potworne 24h ulewy. Koleżanka napisała mi, że w razie czego mogę u niej spać, bo Coney Island na pewno zaleje skoro tak blisko morza. Pamiętam to, bo zawsze wychodzę wtedy na ulice z aparatem. W 9/10 przypadków kończy się strachem (lub śmiechem). Nie inaczej było w przypadku tych ulew i marcowej śnieżycy – blizzard Stella – bo tutaj tak bardzo kocha się przyrodę, że nadaje się warunkom atmosferycznym imiona. Najbardziej znany w tym wieku huragan miał na imię Katrina. Na południu USA nikt już tego imienia nie używa, źle się kojarzy; wtedy faktycznie trafili z prognozami i nastąpił armagedon. Tym razem Stella miała przynieść nawet 20 cali śniegu, czyli prawie pół metra….hmmm…skończyło się na 15cm. Oczywiście media postraszyły mieszkańców, którymi tutaj manipuluje się z niewiarygodną łatwością, zapełniły się supermarkety, ludzie kupowali wodę, prowiant, świece…wszystko to w przygotowaniu na śnieżycę, która zacząć się miała o 3 nad ranem a skończyć o 5 po południu. Czy to jest stan zagrożenia? Zapytajmy Rosjan. Gdyby telewizja nie rozdmuchiwała tych spraw w nadziei na dobry news, większość z nas po prostu uznałaby to za jeden z tych śnieżnych dni w Nowym Jorku. Ale nie! 15cm śniegu w ciągu 12h sprawiło że zamknięto te kawałki metra, które jeździły nad ziemią, ludziom mocno polecano pozostanie w domu, zamknięte też było większość sklepów i restauracji oraz szkoły. Kanadyjczycy śmieją się na to od ucha do ucha, bo weźmy na przykład Montreal, tam naprawdę spada czasem pół metra śniegu przy -25C i są powody by nie opuszczać domu, kolega opowiadał mi o tym, że w skrajnych przypadkach miasto zamienia się w labirynt śnieżnych tuneli, ale Amerykanie delikatne mają nie tylko ego. Co ciekawe dzień po jednej z silniejszych śnieżyc ostatnich lat (tak się mówiło i mówi co roku) wydało się, że meteorolodzy wiedzieli na 12h przed jej uderzeniem, że nie będzie tak groźna jak przewidywano, ale postanowili to zataić…dla naszego bezpieczeństwa zgodnie z zasadą better safe than sorry. Takie credo na pewno nie przyświecało Krzysztofowi K., gdy jechał na podbój i szaber Ameryki, ale niektórzy przeżywają tak całe życie.

      Do meritum! Wyszedłem o 4 nad ranem gdy padało już pięknie i mocno, od razu było wiadomo, że będzie to biała noc. Na Coney Island robiłem zdjęcia w pełnej śnieżnej euforii przez godzinę, spotkałem paru innych amatorów foto, jeden robił timelapse, twierdził że ośmiogodzinnego, ale coś mu się chyba pomyliło od mrozu, inny pstrykał telefonem. Co tu robisz o takiej porze, zapytałem Rosjanina, którego spotkałem na środku ulicy bawiącego się iPhonem. What do you think I’m doing? The same thing you’re doing! Na tą cześć spaliliśmy jointa. Następnie plan mój obejmował udanie się na Manhattan, ale pociągów brak. Taxi więc do pierwszej stacji podziemnej. Taksówkarz pytał mnie czy jadę do pracy. Na-ah! Na zdjęcia. A to wcześnie wstałeś, podziwiam, że ci się chce! Dzięki, ale jeszcze nie spałem. Szybkie spojrzenie w lusterko. Oho! Czego używasz? Automotywacji – skłamałem. W uptown koło Central Park wylądowałem 2h później. Podróż jak zwykle z tych męczących psychicznie, nowojorskie metro to nie alpejska kolejka, ale koło 7 nad ranem, w okolicach wschodu światła, wydostałem się znów na powierzchnię. Uptown jak zwykle elegancki i przyjemny dla oka. Potem przeniosłem się do parku, gdzie pierwsze psy wyprowadzające ludzi na spacer pojawiały się między zwałami śniegu jak czekoladowe wie-wióry na tle śmietankowych lodów. Wyraz twarzy większości ludzi wskazywał jednak na to, że nie jedli na śniadanie lodów, lecz cytrynę popitą sokiem z buraka. Co to jest!? Fuck, it’s snowing! Oczywiście całe miasto, a zwłaszcza odźwierni, ciecie i portierzy, a również drogówka, przystąpiło do od-śnie-ża-nia, czyli usuwania białego puchu by czym prędzej odsłonić kryjący się pod nim brud. Ludzie tak mają. No ale tym razem śnieżyca tak łatwo nie dawała za wygraną, bo o tej porze wciąż jeszcze mocno sypało aż miło. Musiałem wykorzystać te chwile białości zanim rasa ludzka nie wyliże jej brudnymi miotłami i odblaskowymi plastykowymi łopatami z ulic i chodników, przywracając nas do naszego bezpiecznego stanu, czyli brudu wielkiego miasta, a w zasadzie błota pośniegowego. Około 9 musiałem odpocząć. Herbata z rumem to dobry, acz zapomniany nieco trunek. Odnowiłem znajomość. Jakieś śniadanie w hotelowej restauracji, jednej z nielicznych otwartych o tej porze. Zasiedziałem się tam ze 2h susząc aparat, bo płakał cały czas ze wzruszenia z nadmiaru piękna. W moim świecie każdy śnieżny dzień jest dniem udanym, nie ma opcji żeby nie było dobrych zdjęć, nie tylko dlatego że jest to widok rzadki i tymczasowy, ale również ze względu na całe doświadczenie i radość jaką to przynosi. Około 11 spotkałem się jeszcze z Abby, jedyną koleżanką, która nie przestraszyła się zimna i śniegu i z chęcią przybyła na zimowe portrety i chillout. Jeden z tych dni kiedy rozumiesz i doceniasz dosłowność słowa chill-out. Dopiero patrząc na nią i jej oszronioną twarz zrozumiałem jak jest zimno, bo sam uczony doświadczeniem ubrany byłem w 5 warstw, i po około godzinie udzieliło się ono i mi. Była 1 po południu, co oznaczało, że nie spałem od ponad 24h, a zdjęcia robiłem już prawie 10h. Czas był na odwrót. Pociągi znowu zabrały mnie tylko na początek Brooklynu, a potem strajk, że zimno, ślisko. No to Uber. Transport + rozgrzewające trunki kosztowały tego dnia niemało, ale czego się nie robi dla podbudowania poziomów serotoniny w organizmie. A śnieg właśnie uważam za sproszkowaną serotoninę z nieba – tak to działa.

     Dotarłem do domu, ale senność w międzyczasie uszła, więc jeszcze do późnych godzin nocnych produkowałem te zdjęcia, aż pierwszy raz tego roku blog zapełnił się kolorowymi pocztówkami miasta. W międzyczasie, o 5 po południu, śnieg ustał. Był to czas na kolejną herbatę według czasu angielskiego. Armagedonu nie było – jak czuli się ludzie którzy poprzedniego dnia kupowali litry wody, boczku, chleb i świece? Oszukani? Chyba raczej z ulgą przyjęli, że już wszystko dobrze, przeżyliśmy. Better safe than sorry.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>