Za górami, za lasami, mieszkałem kiedyś w Kraju Basków. Był to już mój trzeci rok w Hiszpanii, ale po Madrycie i Barcelonie dopiero pierwszy na północy. Brakowało w tym wszystkim południowego smaku, turysta powiedziałby flamenco. Nadarzyła się okazja w kwietniu, miesiącu znanym z roadtripów i 10 dniowych wakacji. Wszystko to za sprawą Wielkanocy, która w Hiszpanii ma wyjątkowy wymiar, zwłaszcza na południu w Andaluzji. Odkąd mieszkam w USA kwiecień stracił swój wielkanocny czar, inny rytm życia dyktuje inne wakacje, ale niegdyś miesiąc ten rok w rok przynosił a to Indie, a to Amerykę Południową, a to Maroko, a to Kraj Basków pierwszy raz w roku 2008, nawet Nowy Jork w roku 2012. Zawsze kwietniowe noce i dnie pachniały podróżą. Nie inaczej było w roku 2013. Polecieliśmy z Bilbao prosto do Sevilli. Tu plan dobrze znany – wypożyczenie auta i roadtrip po wcześniejszym spędzeniu 3 dni w samej Sevilli patrząc ze zdumieniem na huczne obchody Pasquas opisane we wcześniejszym tekście Semana Santa. Po niedzieli ruszyliśmy pięknymi asfaltowymi drogami na południe, bo wilka morskiego zawsze ciągnie na wybrzeże.

      Najpierw zatem na krótko do Cádiz, najstarszego miasta w Hiszpanii i według niektórych całej Europy zachodniej. Kadyks zrobił dobre wrażenie, ale my już pędziliśmy w stronę białego miasteczka Vejer de la Frontera. Była tam taka mała akademia języka angielskiego pośrodku tego białego szaleństwa, szukali nauczycieli, popatrzyliśmy sobie znacząco w oczy z Violaine – to nie byłby najgorszy pomysł – mieliśmy już trochę dość krainy deszczowców. Miasteczko bajka – biało wszędzie i ciepło, choć w kwietniu temperatury jeszcze nie rozpieszczały.

 

      Szóstego dnia pobytu na południu docieramy do słynnego miasteczka Ronda. Położone po obu stronach wąwozu rzeki Guadalevín miasto składa się z dwóch dzielnic: Ciudad, czyli części arabskiej i Mercadillo, czyli nowszej części powstałej po rekonkwiście. A słynna Ronda jest ze swojej plaza de toros, ale przede wszystkim ze względu na swoje wybitnie obronne położenie na skraju wąwozu. Wygląda to spektakularnie, niestety część zdjęć z tym widokiem straciłem. To tutaj pierwszy raz zaznajomiłem się z typowym andaluzyjskim śniadaniem, tost + puree z pomidorów (pan de tomate) + cafe con leche, mix który rok później jadłem dzień w dzień przez 5 miesięcy.

 

      Pojechaliśmy następnie do Córdoby. Jest to bardzo przyjemne miasto średniej wielkości (populacja +300 000), które w średniowieczu odgrywało bardzo ważną rolę w kalifacie Al Andalus (Hiszpanii Mauretańskiej). Był przełomowy wiek X, w którym Córdoba była największym miastem w basenie Morza Śródziemnego, ważnym ośrodkiem nauki, kultury i sztuki. Miasto liczyło nawet do 1 mln mieszkańców (!), miało ponad 300 meczetów, 300 publicznych łaźni, 50 szpitali, 20 publicznych bibliotek, 80 szkół i 17 wyższych uczelni. Biblioteka Al-Hakama posiadała ok. 400 000 tomów. Okres ten charakteryzowało pokojowe współistnienie i wzajemna tolerancja trzech cywilizacji – islamu, chrześcijaństwa i judaizmu, o czym dzisiaj nie możemy nawet marzyć. Wiek XXI charakteryzuje się ogólną kosą, a wiadomo że dawno nie było wojny światowej. To co w mieście tym przyciąga oko to La Mezquita, przebudowany na katedrę meczet, jedno z najwspanialszych dzieł architektury islamu. Po zdobyciu Kordoby przez chrześcijan, na środku sali modłów meczetu zbudowano w XVI wieku…katedrę. Bez niespodzianek. Kiedy w 1526 cesarz Karol V przybył tutaj był wstrząśnięty tym widokiem i rzec miał podobno: „zniszczyliście coś, co było jedyne w swoim rodzaju i postawiliście coś, co można zobaczyć wszędzie”. Brzmi znajomo? Wnętrze o wysokości 11,50 metrów, z 850 kolumnami połączonymi podkowiastymi łukami robi wrażenie labiryntu.

 

     Na koniec zostawiliśmy sobie być może najlepsze. Granadę + Alhambrę. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że spędzę tutaj niemal połowę następnego roku, wtedy był to mój spóźniony granadyjski pierwszy raz. La Alhambra jako niesamowity warowny zespół pałacowy była twierdzą mauretańskich kalifów. Składa się z pałacu z kilkoma dziedzińcami i dekorowanymi salami oraz cudownymi ogrodami. Dzieje się w środku dużo dobra, tyle że natłok turystów zrobił z niej niemalże drugą Wieżę Eiffla. Bilety trzeba rezerwować na 2 miesiące naprzód, latem często ich po prostu nie ma. Wewnątrz jest Patio de los Leones z wodotryskiem opartym na 12 lwach; do dziedzińca tego przylegają 4 sale: jedna z nich, Sala de las Dos Hermanas (sala dwóch sióstr), zwana tak z powodu dwóch jednakowych płyt marmurowych w podłodze. Dziedzińce okolone cienistymi kolumnadami; wiele chłodnych zakątków, ogródki z płynącą wodą, na zewnątrz zaś balkony, z których roztaczają się widoki. Ornamenty przedstawiają wersety Koranu.

 

    A sama Granada też bardzo urokliwa, znana, jak Cádiz, z jednych z najładniejszych hiszpańskich czarnookich dziewcząt oraz z tapas, które dostaje się gratis do każdego małego piwa (caña) – jedno z największych odkryć tamtego sezonu – można wyjść na 4 piwa i przy okazji w tej samej cenie dobrze zjeść. Nie brakuje też słonecznej pogody (nie powiem doskonałej, bo zmorą tych ziem jest letnia susza, a to dopiero początek). Granada jest mała, ale pełna ciekawych zakamarków. W dodatku 50km od niej rysuje się dumnie i biało łańcuch górski Sierra Nevada, który obok Baqueira-Beret jest najlepszym narciarskim spotem w całym kraju. Mimo to, Granada to jedno z najlepszych miejsc na półwyspie Iberyjskim aby uciec od zimy. Co prawda pojawia się ona w postaci okresowych przymrozków w styczniu lub lutym, ale od marca do późnego listopada najczęściej stosuje się tu krótki rękaw, a latem mocny uścisk z klimatyzacją. Żadnych przedłużonych chłodów w kwietniu, co najwyżej nocą, bo amplitudy owszem są klasyczne dla górskich klimatów. Kiedy to piszę teraz w połowie tegoż miesiąca we wciąż nierozgrzanym Nowym Jorku, w Granadzie świecą 24 Celcjusze, a w sobotę będzie ich 29…Andaluzja na pewno nie jest dla wszystkich latem, kiedy temperatury nie schodzą raczej poniżej 35C, większość ludzi siedzi w domu jeśli tylko może. Ale wiosną jest pięknie i nietłoczno. W połączeniu z Wielkanocą taki tydzień lub dwa spędzone w Andaluzji to gwarantowana recepta na niezapomniany roadtrip. Sami Andaluzyjczycy są najmilszą i najbardziej otwartą hiszpańską odmianą, tutaj jak w Grecji czy południowej Italii, żyje się wolniej, częściej się uśmiecha, płacze i krzyczy, wszystko jest bardziej ekspresyjne, więcej tu ciepła, a mniej wyrachowania Madrytu, zadzierania nosa Katalonii czy baskijskiego chłodu. Ciemnoskórzy mieszkańcy tej krainy lubią spędzać czas na ulicy, z gitarą, papierosem, gazetą, radio, i przede wszystkim w barach. Tutejszy akcent jest ciekawą mieszanką lenistwa z fantazją. Zawsze końcóweczki zdań i słów są mile otwarte, zapraszają bardziej do interpretacji niż stricte komunikacji. Miałem taki epizod rok później w Granadzie będąc u fryzjerki. Młoda lokalna dziewczyna zagadywała mnie to z lewej to z prawej. Nasza konwersacja ocierała się a to o koło fortuny, a to o zgaduj zgadula, dużo było kalamburów. YouLiveOnlyTwice poleca ten region dając mu 5.5 gwiazek na 6, ale nie dając jak zwykle żadnych konkretnych rad ni adresów, to już na innych stronach.

 

 

 

 

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>