PASSO DEL BOCCO  

    Ciekawe, że w zeszłym odcinku (week 4) pisanym rok temu latem wspomniałem, że chętnie bym wrócił w tamte strony kiedyś, bo właśnie za 10 dni tak się po części stanie. Nie wracam na Cote d’Azur, lecz nieco bardziej na zachód, najpierw do Arles na festiwal fotograficzny, a potem 4 dni w Parc Camargue, który pojawił się w odcinku 3 (week 3). Jak to powiedziała kiedyś Violaine, część wybrzeża dla plebsu w kontraście z wijącym się nieco na wschód lazurze. Parc Camargue pamiętam z komarów, podobno wie o tym cała Francja, o czym też wspominałem, więc śpiąc na plaży wyniosłem srogą nauczkę. Nie wiedziałem, że w Europie są komary, na które potrzeba deetu zwykle używanego w dżungli. Tymczasem przede mną tydzień piąty, choć pisany niemal dokładnie 4 lata później.

      A było to tak. Pożegnałem się ostatecznie z wybrzeżem lazurowym, które teraz wspominam często plażując się na Coney Island w Nowym Jorku, i tygodniem, w którym faktycznie czułem się bardzo jak…we francuskim klasyku z lat 70; jakbym widział żandarma z Saint-Tropez gdzieś tam w oddali, wszystko się zgadzało, przepych i ogólna joie de vivre. Teraz wkroczyłem na terytorium Italii, z czego cieszyłem się z paru powodów. Pierwszym z nich była sama Italia. Kraj wcześniej nieco zaniedbany przeze mnie, widziany w skróconej formie, trochę monumentalnego Rzymu, potem niespokojny Neapol i sielankowa wyspa Capri w roku 2006. Siedem lat później, przy zdaje się dopiero drugiej wizycie w tej krainie, jechałem teraz na jednobiegowym rowerze przez Apeniny. Tyle więc powodów do radości! Wspominałem wcześniej o taniej pizzy, lodach, słońcu i le ragazze oraz samo brzmienie italiano. Nie jest nic jednakże idealne, nawet w gorącej Italii. Od razu zauważyłem pogorszenie stanu dróg, tak jakbym jeździł po Polsce 15 lat temu. Kolejny minus – system plażingu. W tej części Włoch plaże pokryte były parasolami i leżakami, to nie była opcja, one tam po prostu były rozkładane przez restauracje i hotele w trybie default, więc albo sobie taki wykupiłeś, albo plaży trzeba było szukać poza miastem, całe bowiem wybrzeże było obstawione przez zastęp estetycznych skądinąnd i dobrze się fotografujących parasoli. Va bene. Dieta mniej więcej taka: na śniadanie lody, potem pizza lub pasta i na kolację pizza. Tanio i dobrze. W międzyczasie oczywiście mnóstwo owoców. Nadal melony wiodły prym, choć po przekroczeniu granicy straciły jakby kształt i nieco smak. Po dojechaniu do Genui od razu poczułem inną atmosferę. Już Sanremo przywitało mnie typowo włoską mieszanką zgiełku, upału, kurzu i miastowego harmidru. Niezapomniany internet w arabskim przybytku i lekko zagęszczająca się atmosfera po zapadnięciu zmroku. Genova nie była inna, choć ładniejsza i dostojniejsza. Nie było mi dane jej bardziej zwiedzać, bo nie miałem w planach płacić za nocleg w mieście, więc spałem gdzieś na plaży pod molem. Pierwsza taka prawdziwie ciepła noc, podczas której nie zmarzłem, a może nawet spałem bez śpiwora. Musiał być to koniec sierpnia i dopiero pierwszy raz obudziłem się w przyjemnym cieple. To z jakiś przyczyn dobrze zapamiętałem. A również to, że przy śniadaniu kelnerka zobaczywszy mój rower na pożegnanie powiedziała buon giro e buona giornata. Brzmiało bardzo dobrze z jej ust. Takie małe rzeczy, kawałki życia, które zostają na zawsze. Już same zresztą śniadania przy cappucino o 7 rano, bo jednak wstawałem prawie ze słońcem, były ucztą i medytacją tu i teraz samą w sobie. Budzące się do życia małe włoskie miasteczka, ludzie idący do pracy, otwierające się kawiarnie, piekarnie i przede wszystkim zwiastujące kolejny dobry dzień atakujące horyzont słońce jeszcze nie gorące.

     Clou programu tego tygodnia było dopiero przede mną. Gli Apenini. Tutaj problem polegał na obraniu przesmyku, który byłby najmniej wyczerpujący i w ogóle możliwy dla Białego Rycerza, jako że ciężki i jednobiegowy jest to rower. Opcje nie wyglądały optymistycznie. W końcu znalazłem Passo del Bocco, który mylnie aż do dzisiaj nazywałem Passo di Bosco. Problem polegał na tym, że w najniższym przesmyku Apeniny w tej części kraju miały 950 m.n.p.m i był to właśnie Bocco loco. Na przestrzeni 50km od poziomu morza musiałem wspiąć się na niemal 1000 m.n.p.m i to był un problema, zwłaszcza że połowa tej wysokości do pokonania była na ostatnich 15km. Aby przygotować się do ataku porannego postanowiłem dobrze się wyspać w rybackim porcie Portofino. Przepiękna mała miejscowość. Poszedłem do portu poszukać jakiegoś noclegu. Nie mam tu na myśli hotelu. Chodziło o kawałek ziemi, przy braku plaży, na którym nikt by mnie nie zaczepiał. Znalazłem zaraz przy łodziach rybackich rozłożone suszące się sieci! Idealnie miękkie legowisko. Musiałem co prawda czekać do 2 w nocy, bo był to piątek i miasteczko było de festa, ale w sieciach rybackich pachnących rybami spało się całkiem dobrze. Zresztą po zrobieniu 100km na rowerze śpi się zawsze dobrze. Pierwszy, nie ostatni raz.

     Od rana atak. Już od początku wyglądało to nieprzyjemnie. Mocno ostre podjazdy i skręty. Im dalej w las, dosłownie, bo góry się zagęściły iglakami, tym gorzej. Do połowy dystansu trzymałem się jednak zaskakująco dobrze, nawet się dziwiłem, że tak łatwo idzie, nie muszę schodzić z roweru, byłem dobrej myśli. Głównie dlatego, że błędnie w mojej głowie na horyzoncie majaczył już szczyt, bo wskazywały na to kilometry, zostało wszak ich tylko 15. I faktycznie było ich tylko 15, tyle że to na ostatnim odcinku rozpoczął się prawdziwy hard core. Jak się potem okazało przez pierwsze 35km wspiąłem się zaledwie na 600m, a teraz w ciągu 15km mam do zrobienia kolejne 350m. Well…Tempo jak na załączonym filmiku. Jeden samochód nawet minąwszy mnie zwolnił żeby popatrzeć co ja robię na tym rowerze. Jak wyjaśniałem wcześniej już, urodą jednobiegowców jest to, że nawet jadąc pod górę trzeba utrzymywać ostre tempo, im szybciej tym lepiej, inaczej po prostu się staje, nie ma 7 przerzutki i machania nóżkami w powietrzu, tutaj odbywało się znane innym z siłowni wyciskanie z pedałów wszystkiego co miały moje mięśnie czworo i dwugłowe, raz za razem, jak w kolonii karnej, zatrzymanie się nie było opcją, bo nie zamierzałem prowadzić roweru pod górę przez 15km; to by zajęło pół dnia. Mimo to, dwu lub trzykrotnie musiałem w strugach potu sapiąc brać przerwy. Całe szczęście że rozsądnie rozpocząłem atak rano więc upał jeszcze nie doskwierał. I tak pomału, pomału jakoś doczołgałem się resztką sił na szczyt. 15km odcinek zajął mi 1.5h. Ciało moje dosłownie doznało szoku, zrobiłem z tej okazji pamiątkowe zdjęcie z wyrazem wtf na twarzy. Zdecydowanie najcięższy odcinek całej trasy.

    Potem już z górki na pazurki w stronę Parmy. Dla kontrastu jedna z najzimniejszych nocy w całej podróży na włoskiej wsi, a to dlatego że byłem nadal w górach. Może powinienem był zjechać bardziej jeszcze na dół, ale nie miałem już sił, a dwa, że nie spodziewałem się takiego mrozu. Pod lasem rozpaliłem ognisko, gdzieś tam ryczały chyba jelenie w tle, bardzo dziwne dźwięki, raczej niepokojące. Zdaje się, że były tam też dziki. Ale nic, zasnąłem. Jednak w środku nocy obudziłem się z zimna. Ognisko zgasło, mój śpiwór pokrył się już solidną warstwą rosy. Ubrałem na siebie wszystko co mogłem i próbowałem walczyć z dreszczami, ale gdy w płytkim śnie między wybudzeniami ukazywały mi się wizje mnie wracającego do lasu po więcej drewna i dokładającego do ogniska, o 4 nad ranem zrozumiałem że wizję tę trzeba przekuć w rzeczywistość. Trzęsąc się z zimna biegłem i podebrałem kloce drewna na opał jakiemuś gospodarstwu. Resztę nocy spędziłem owinięty dookoła ogniska.

    Po epizodzie w Apeninach nastąpiła Parma, gdzie przebiłem po raz nty dętkę, old news, i gdzie w młodzieżowym hostelu chciano ode mnie €20 za nocleg, więc odmówiłem i spałem gdzieś po drodze, nawet pamiętam gdzie, bo tam też przebiłem kolejną dętkę. Początkowo wybrałem na nocleg park w Parmie, ale szybko zorientowałem się, że nie byłbym sam. Następnym celem było Lago di Garda, jezioro znane w całej Europie. Cieszyło mnie, że znowu będę przy wodzie. Odcinek między Apeninami a jeziorem był płaski i nudny. Być może nawet jeden z najnudniejszych na całej trasie. Za to lago nie zawiodło, czysta, zimna woda, kampingi, gdzie oczywiście prześliznąłem się by wziąć prysznic i wygodny dość nocleg na samym brzegu jeziora (side note: 2 tyg temu w Camargue w dokładnie taki sam cwaniacki sposób wziąłem prysznic na tym samym kampingu, na którym brałem prysznic 4 lata temu – uwielbiam gdy historia zatacza koła). W tym momencie podróży licznik na rowerze wskazywał 2150km. Byłem w połowie 8 etapu z Genovy do Venezia który teoretcznie (w praktyce zawsze wychodziło więcej) cały liczył sobie 485km i był tym samym najdłuższym dotychczas odcinkiem trasy i trzecim najdłuższym podczas całego The White Knight Rises. Przejechanie go zajęło prawie tydzień.  Następny odcinek biegł z Wenecji, opuszczając Italię, do stolicy Słowenii, Ljubljany.

     Zanim jednak to nastąpiło trzeba było dotrzeć do Wenecji i skończyć etap 8. Venezia jawiła mi się jako wielka nagroda na koniec umownego pierwszego etapu całej podróży. Tak podzieliłem sobie w głowie cały ten trip właśnie i faktycznie miał on dwa wyraźnie różne etapy. Pierwszy z nich zaczęty w Kraju Basków właśnie się kończył wisienką na torcie, czyli nigdy wcześniej nie widzianą Wenecją, a wcześniej jeszcze piękną Veroną. Ta śródziemnomorska połówka The White Knight Rises charakteryzowała się plażami, słońcem, ogólnym bien estar i jawiła mi się jako idealne wakacje. Drugi etap ze Słowenii do Polski to dłuższe odcinki, więcej kilometrów dziennie, bardziej mokra i zimniejsza pogoda i ogólne zmęczenie materiału. W pewnym momencie w Czechach za dnia nawet było 7C! Taki dziwny czas, że od lata przeszedłem prawie chwilowo do zimy we wrześniu. Małe załamanie pogody, anomalia dobrze obrazująca te dwie mocno różne częśći Europy.

Co do Wenecji, nie zawiodła. Jeśli ktoś tam kiedyś był, to wie, że rower nie jest opcją, ale dla mnie nie było opcją nie-rower, bo taszczyć musiałem go ze sobą wszędzie jak ślimak, bo Wenecja pełna mostów i schodków. Byłem zdaje się jedynym rowerzystą na terenie starego miasta, ale cóż, pizza dobra i słońce tam gdzie miało być. Pobujałem się po zakamarkach i kanałach po czym pod wieczór nadal w ogromnym upale ruszyłem dalej w stronę Słowenii. W piątym tygodniu napracowałem się najbardziej ze wszystkich siedmiu i pół robiąc 759km.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>