ALPY I BUDAPESZT

       W szóstym tygodniu rozpoczęła się druga część wojażu. Pierwsze 35 dni to Europa zachodnia i jej wybrzeża, pozostałe 20 dni to Europa Centralna i jej górzyste szare nieba. Od razu po opuszczeniu Italii powitały mnie słoweńskie Alpy, które należą do pasma Alp Julijskich. Na mapie nie wyglądało to zbyt groźnie, ale kiedy pierwszy raz pojawiły się na horyzoncie wiadomo od razu było, że będzie źle. A więc faktycznie Alpy. 

      Nie spodziewałem się takich kłopotów, tym czasem droga do Ajdovscina okazała się niemal tak trudna jak zdobyte tydzień wcześniej Apeniny. Podjazdy nie było bardziej strome od ostatnich 15km w Passo del Bocco, ale za to liczne i ciągnęły się przez 30km! Mocno się tam namęczyłem, był to drugi najtrudniejszy górski etap całej podróży. Kiedy góry były już za mną zrobiło się przyjemnie płasko. W restauracjach pojawiły się znajomo wyglądające kotlety, słyszałem też język jakby nieobcy. Byłem coraz bliżej domu. W górach zrobiłem sobie przerwę w jednym gospodarstwie, do końca nie pamiętam jak to się stało, może zapytałem o drogę i mnie zaprosili na piwo, okazało się szybko, że jeden z młodych mężczyzn siedzących przy stole oczywiście był i zna Wrocław…z Erasmusa. Pogadaliśmy ze 2h przy piwie, chyba coś zjedliśmy, gospodyni zaserwowała rosół, który smakował również znajomo. Byłem wśród swoich.

    Następny etap – Ljubljana. Piękne miasto w letniej odsłonie. Czysto, dużo powierzchni i ładnej architektury, wszystko na luzie. W hostelu spotkałem Urugwajczyka, który wyjaśnił mi że jego kraj to jeden z najdroższych w całej Ameryce Południowej, w związku z czym europejskie ceny na nim nie robią wrażenia. Fair play, nie wiedziałem. W Ljubljanie widziałem jak polscy koszykarze przegrywają pierwszy mecz, następnego dnia ich kolejną porażkę oglądałem już w pubie w Celje. W Słowenii odbywały się wtedy mistrzostwa Europy. Potem Ptuj, zdaje się że strasznie padało. Oto nowy problem ostatnich 20 dni mojej podróży: deszcz i chłód! Z deszczem do granic Italii poza pierwszym dniem w Kraju Basków (klasyk) nie miałem w ogóle problemu. Od Słowenii aż do Polski to była już zupełnie inna pora roku. Po jakimś czasie zacząłem coraz częściej sypiać w hostelach, bo mając tylko lekki śpiwór pomału nocowanie na zewnątrz przestawało być opcją. Jeszcze gdzieś pamiętam spałem na ławce przy kościele w Słowenii chyba, ale od 4am zaczęło padać i padało cały kolejny dzień. Założyłem ponczo i w końcu ruszyłem, ale i tak oczywiście byłem cały mokry, tak jak i bagaże. Na granicy słoweńsko-węgierskiej najpierw wybrałem na nocleg jakieś sterty czegoś (tyle mogę powiedzieć po 4 latach) i pamiętam, że było to wygodne, ale…zaczęło padać, więc skończyłem…na cmentarzu na twardych kafelkach kapliczki. Mocno niewygodna i mokra noc, po której rozpoczęło się pierwsze przeziębienie. Ale wiadomo – sportowców przeziębienia raczej się imają krótko.

       Na Węgrzech mała tragedia. Odebrałem ten kraj na pierwszy rzut oka jako bardzo smutny. Taka Polska w latach 90. Szarość na potęgę, mimo że to dopiero wrzesień, buro wszędzie i biednie, granica słoweńsko-węgierska wyglądała jak z radzieckich filmów z lat 80, ogólnie nie było efektu wow. Pojechałem nad Balaton z nadziejami. Jest taka historia z młodości, że gdy w 1997 roku zalało Wrocław, tak jak teraz zalewa Texas, nasi bracia Węgrzy wyciągnęli do nas pomocną dłoń, i zaoferowali naszej podstawówce wycieczkę nad Balaton. Wizja ta bardzo mnie ekscytowała, wyobrażałem sobie to jezioro, a były to czasy bez Google Maps i internetu, więc jakieś turystyczne foldery i opowiadania dziadka, który swego czasu był. Teraz przypominając sobie tą radość, oczekiwanie i ściskanie kciuków, widzę, że jest to to samo rozemocjonowanie, które do dziś towarzyszy mi przy planowaniu (lub nie) kolejnej podróży.  Wtedy nie mogłem mieć pojęcia, że spędzę całe lata 20 w drodze, wtedy liczyła się matematyka i piłka nożna. Niestety nie było nam dane pojechać, bo jak się okazało połowa mojej klasy nie miała paszportów (pre-EU fail). I plan padł ku mojej rozpaczy. Szesnaście lat później – jestem. Ale jezioro podobnie jak reszta kraju wyglądało bardzo smutno. Chmurna pogoda nie pomagała. Niby początek września, ale wszytko już wyglądało grubo po sezonie, wczasowicze w dresach i wiatrówkach i koniak wieczorem. Trudno, spałem w ogródku piwnym w noc strasznej ulewy, bo hotele miały ceny niepromocyjne, a przyjechałem do miasteczka już o zmroku. Tego dnia padł drugi wynik całej trasy – 157km z Ptuj nad Balaton. Pamiętam ten dzień dość wyraźnie, jadąc resztkami sił, starając się wyprzedzić burzę. Zostałem jeszcze jeden dzień, pamiętam jakąś dobrą rybę jedzoną w restauracji, której okna wychodziły na Balaton – nostalgicznie smutny, zimny, zamyślony. Zapadał zmrok, robiło się chłodno. Skończyło się lato, a ja nadal miałem 600km przed sobą.

      Nazajutrz po nocy na prywatnej kwaterze, gdzie pewien ojciec wynajmował pokój studiującej w Budapeszcie córki, która okazała się być młodą mistrzynią kolarstwa węgierskiego (na ścianie jej pokoju wisiał piękny błyszczący się rower, a na nim zawieszona niechlujnie garść medali), bez sentymentu opuściłem jezioro, o którym śniłem w podstawówce. I do stolicy. A ta już zdecydowanie nie zawiodła. Pierwszy, ale na pewno nie ostatni raz w Budapeszcie to były 4 dni pięknego postoju spędzone na wypoczywaniu i życiu miejskim, restauracjach, a nawet zwiedzaniu. Zsiadłem z roweru na 4 dni i w towarzystwie starej znajomej Darry zakochałem się w tym mieście. Nie miałem pojęcia, że taki skarb leży tak niedaleko od Wrocławia. Budapeszt skoczył nagle do top 3 ulubionych miast europejskich, dobry wynik. Albo powiedzmy top 4, bo zapomniałem o Edynburgu (pozostałe miasta to Paris, Barcelona i właśnie węgierska stolica). W Budapeszcie spotkałem się też z ekipą CycleMeHome, projekcie który zainspirował całą moją podróż. Ładne zamknięcie pewnej historii, lubię jak to się tak układa. Chłopcy chcieli żebym jechał z nimi chyba do Wiednia, bez bagaży, jeden z tych wypadów fixie, które potem stają się epickimi filmami, ale uznałem po 5 tygodniach i 3250 km, że chyba sobie odpocznę raczej i te 500km w tą i z powrotem odpuszczę. Początkowo sam chciałem jechać przez Wiedeń, ale ten plan odpuściłem, zaczęło mi się spieszyć do domu. Dziwili się, że nie mam tych uch przypiętych do pedałów (wędzideł?), mówili że tracę 30% energii, dziwili się, że jadę sobie w Nike, które były akurat faktycznie wyjątkowo miękkie, choć wygodne, to na pewno nie optymalne na rower. Levi jechał z Madrytu do Budapesztu na fixie, ale bez bagaży, podążał za nim van, gdzie też spał i którego się łapał przy ostrzejszych podjazdach. Zrobili ze mną wywiad na swojego bloga i się pożegnaliśmy. A ja niebawem pożegnałem się z Budapesztem i ruszyłem w stronę Bratysławy, której również wcześniej nie miałem przyjemności poznać. Zrobiłem w tym tygodniu 645km co dawało średnią 92km/dzień przy jednym dniu postoju w Budapeszcie. Zważając, że w poprzednim tygodniu zjadłem 759km, zrobiło się 1400km w dwa tygodnie, czyli równe 100km/dzień.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>