MOKRA PÓŁNOC

             Po relaksie budapesztańskim przyszedł czas na północ. Ostatni tydzień był zimny i mokry, coraz bardziej spieszyło mi się do finiszu, coraz bardziej dokuczały mini kontuzje, pamiętam, że prawe kolano w ostatnich dwóch tygodniach wyraźnie domagało się przerwy. Patrzę teraz na statystyki tego tygodnia sprzed czterech lat i uświadamiam sobie, że niewiele pamiętam poza miastami, Bratysławą i Brnem. Sama droga była raczej monotonna. Krajobrazy przypominały bardzo już Polskę, asfaltowe drogi wijące się wśród pól poprzetykanych wsiami i miasteczkami. Jeszcze nie miasto, ale też już nie natura, to częste wizje w Europie. Na jednej z takich dróg rozpadało się strasznie, była końcówka dnia, chciałem dojechać do jakiegoś miasteczka, być może był to dzień 48 z Bratysławy do Brna, w którym padł rekord trasy: 160km. Może dlatego w pewnym momencie na sekundę lub dwie zasnąłem jadąc na rowerze. Nowość! Zsiadłem więc by nie wtoczyć się pod samochody i zjadłem chyba pierwszy “polski” obiad – mimo, że na Słowacji – w jakimś zajeździe lub na stacji benzynowej. A były to pewnie pierogi czy kotlet z zupą lub coś w tą stronę. Pamiętam ten obiad bardzo dobrze. Mokry siedzę w miejscu typu Bar Miś, obserwuję oparty o budynek pod dachem rower, a na zewnątrz szarość i pada, i niekończące się samochody i ciężarówki. Tak na trasie wyglądał tydzień 7.

       W Budapeszcie kupiłem sobie już zimową czapkę i teraz ewidentnie się już przydawała w drodze do Bratysławy, gdzie zatrzymałem się w hostelu i osuszywszy się nieco odżyłem. Zostałem na dwa dni, bo padało, zwłaszcza że kolanu przydałby się jeszcze jeden dzień pauzy. W szkockim pubie zjadłem prawdziwy haggis. Chyba pierwszy raz odkąd opuściłem UK, przypomniało mi to równie ponury i mokry o tej porze Edynburg. Bratysława wydała się naprawdę ładnym miastem w starej jego części. Architektura i układ ten sam co w Polsce, urokliwa starówka w centrum oraz post komunistyczny grzyb blokowisk i brzydkich ulic obrastający ją dookoła. W Brnie podobnie, choć dotarłem nocą cały mokry i chyba tak dobrze miasta nie obczaiłem. Po Czechach jechało się gładko na południu, zdaje się najlepsze drogi w całej trasie, i bardzo wyboiście na północy (lub odwrotnie). Czarny asfalt i jesień, która z nie miała nic wspólnego z wczesno-wrześniowym słońcem i złotymi kolorami, a raczej od razu przeszła w późne swoje stadium, z mgłami, szarugą, zimnym deszczem i temperaturami oscylującymi wokół 10C. Tym bardziej spieszyło mi się do domu i tym mniej robiłem zdjęć. Najlepsza część wojażu była już za mną, nie było to tajemnicą, teraz zamiast słońcem i plażami pozostało cieszyć się dobrym piwem i znajomo brzmiącymi językami. Jeszcze nie w Polsce, ale granica była już tuż tuż. Svitava leżała mniej niż 1 dzień jazdy od granicy. Przede ostatni łańcuch górski, Karkonosze, i około 2 dni jazdy do Wrocławia.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>