FINISH!

  Ostatnie 4 dni, długi finisz po stronie polskiej, jazda głównie w deszczu, chmurach i późnej nieco jesieni. Jak się okazało Karkonosze nie stawiły najmniejszego prawie oporu, być może faktycznie nie jest tak wysoko, ale raczej nie zrobiły na mnie wrażenia, ponieważ miałem za sobą już 7 tygodni jazdy oraz Pireneje, Apeniny i Alpy na rozkładzie.

 

     Nie wiedziałem, że pójdzie tak lekko, ale zanim się zorientowałem byłem już w najwyższym punkcie. Pozostało tylko przekroczyć granicę i ruszyć w stronę Wałbrzycha do dziadków! Po niecałym dniu zapukałem do ich domu, nadrobiłem zaległości, wyściskałem i następnego dnia ruszyłem w stronę domu. Odcinek z Wałbrzycha do Wrocławia drogą którą znam niemal na pamięć był bez wątpienia jednym z najgorszych dni na trasie. Rzęsisty deszcz i wąskie polskie drogi oraz kierowcy tirów, którzy nie zadawali sobie trudu omijania mnie szerokim łukiem, lecz pędzili koło mnie z minimalnym zaledwie zapasem, co powodowało dodatkowo, że potężne korytarze powietrza za każdym razem wyrzucały mnie na środek pasa. Nie miałem nad tym kontroli. Wiał silny wiatr boczny, ogólnie było mocno niebezpiecznie. Jakoś te 70km zrobiłem docierając na Bielany cały mokry. Miałem w planie robienie rundy honorowej po Wrocławiu, przejechanie się tu i tam, ale pogoda tego dnia szybko to skorygowała. Jechałem przez cały Wrocław prosto do domu. Na ostatnich kilometrach towarzyszył mi i filmował z samochodu mnie brat. Finał!

   Trudno w to uwierzyć, a jednak. Udało się. Siedem i pół tygodnia, 52 dni, 3965km. Tyle zajęło mi przejechanie z Durango do Wrocławia. Mało kto wierzył chyba, że to możliwe, ale jak powiedział Mandela [sic]: it always seems impossible until it’s done. Doświadczyłem tego już przy pierwszych podjazdach w Hiszpanii, a zwłaszcza we Francji. W Pirenejach jechałem górskimi serpentynami nocą, więc mimo że czułem ostre wspinaczki, nie widziałem daleko przed siebie. We Francji natomiast wzgórza za dnia wyrastały pośród nizin. Pamiętam pierwszy tydzień, gdy na horyzoncie pojawiały się wzniesienia  na początku myślałem, joder bez biegów pas posible! Potem jednak stopniowo, metr po metrze, te pagórki zdobywałem (używając techniki z dzieciństwa: rooozpęęęd!). I tak się dowiedziałem, że można. Po siedmiu i pół tygodniach miałem dosyć. Schudłem tylko 4kg i ważyłem teraz 69kg. Podczas trasy ze względu na mocno obciążone tylne koło ze zbyt cienką oponą dętkę przebiłem 17 razy! I tyle! Piękna to była podróż, choć zwłaszcza w drugiej jej części, często myślałem o finiszu. Hiszpańsko-francusko-włoska pierwsza połówka zdecydowanie należała do przyjemniejszych, bo cieplejszych i słoneczniejszych. Całe dnie spędzane na słońcu, na plaży, w górach, nad jeziorami. Czasem myślę, że jeszcze kiedyś tą trasę powtórzę, ale może dla odmiany na innym kontynencie.

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>