Do Miami przyjechałem z okazji Miami Street Photography Festival, którego byłem w tym roku finalistą! Lokacja ta od dawna na liście, więc okazji takich marnować nie należy. Od początku szło trochę opornie. Z Nowego Jorku mogącego się pochwalić najwyżej 7 stopniami Celsjusza w 4h przeniosłem się do Miami, które stopni miało o 20 więcej. Na lotnisku zamawiam Lyft (taxi). Wsiadam i od razu dostaję pytanie: hablas espańol? Szybko okazuje się, że mój taxi driver nie mówi nic a nic po angielsku. Pytany jak sobie radzi odpowiada: jako tako. Sześć miesięcy temu przyjechał z Wenezueli na wizie turystycznej w wiadomym celu, bo wiadomo jak jest teraz w Wenezueli. Jest wielu, co mówi ratuj się kto może. W ciągu 5 dni w Miami, gdzie Lyft używałem często, połowa moich taksówkarzy była z Wenezueli. Większość z nich nie mówiła po angielsku. Inny kierowca był na przykład z Portoryko, które z kolei zaatakował huragan. Miałem żonę Polkę, mówi mi, ale się rozwiodłem po roku. She was a cold bitch, you know? Do mojego Airbnb dobijam późnym popołudniem. Tam gdzie miał być klucz, klucza nie ma. Czekam 3h na to by właścicielka odebrała telefon. Czuję ten karaibski flow już. Inne poczucie czasu.

Pierwsze 3 dni spędziłem na festiwalu i nie ruszałem się poza okoliczne downtown, które było dziwnie wyludnione. Dosłownie parę ludzi na każdym skrzyżowaniu. Wszyscy jeżdżą samochodami. Temperatura 25C. Rok temu byłem o tej samej porze na Islandii w tęgich mrocznych mrozach, tym razem w shortach i okularach słonecznych w cieniu palm. Przy szaleństwie ulic nowojorskich Miami wydało się oazą spokoju. Po festiwalu miałem jeszcze 2 dni na sprawdzenie całej okolicy. Najpierw wybrałem się na Calle Ocho, znaną dzielnicę kubańską, która ogranicza się głównie do jednej turystycznej ulicy. Za rogiem trafiłem na klasycznie kubański skwer, gdzie starszyzna grała w szachy i inne niezidentyfikowane gry karciane. Następnie pojechałem miejskim rowerem na Wynwood – czyli hispterskie barrio Miami. Było bardzo hip! Grafitti, rzemieślnicze browary, wykwintne burgery i bary wege oraz oczywiście sklep z rowerami za $3K. Gdy ludzie w tych sklepach zagadują mnie, od razu mam im ochotę powiedzieć, że nie wydam $3K na ich rower, choć jest piękny, ale zamiast tego z uprzejmości zwykle pozwalam im zaserwować mi cały spiel, że jak w przyszłości będę szukał roweru, a oni niedługo będą w Nowym Jorku. Słońce świeciło każdego dnia, poza jednym dniem miażdżącej ulewy. W międzyczasie nagle zrobiło się zimno. Za dnia zaledwie 20C (grudzień), ale w nocy nawet do 12C. To już nie jest pogoda na shorty. Na szczęście Lyft i Uber są tanie. W tle odbywają się największe targi sztuki – Art Basel.

       Przychodzi wreszcie czas na South Beach! Tutejsze plaże znałem tylko z kultowego serialu Policjanci z Miami. Zresztą większość moich wyobrażeń o tym mieście stamtąd właśnie pochodzi. Nie spotkałem jednak nikogo na rolkach! Rozczarowanie. Plaża olśniła paletą barw, która przypomina prace fotografa Constantine Manosa (Magnum) właśnie tutaj na South Beach. Jest naprawdę mocno estetycznie i kolorowo. Morze mieni się lazurem. Oczywiście przywitałem się z nim całym ciałem, z okazji kąpieli w morzu w grudniu nie należy rezygnować, chociaż i w zimnym Nowym Jorku tego 2 grudnia tego roku dokonałem. Zimna woda dobrze robi na umysł i ciało. Tymczasem w Miami idę wzdłuż wyspy, podziwiam bielące się wszędzie wysokie hotele. Na plaży połowa ludzi to stali bywalcy. Świadczy o tym opalenizna. Reszta jak ja cieszy się pewnie z paru dni przerwy od zimy. Plaże ewidentnie poza sezonem, ludzi umiarkowanie miało, dla wielu 20C to za mało na opalanie.

Gdybym mieszkał w Miami byłyby to okolice South Beach właśnie, bo skoro mieszkać na Florydzie, to najlepiej tuż przy plaży. Miasto samo w sobie wydało mi się nieco senne, ale być może to tylko kwestia kontrastu z szalonym Nowym Jorkiem lub pory roku. Miałem wrażenie, że połowa przynajmniej ludzi w Miami nie mówi w ogóle po angielsku. Nie przeszkadzało mi to skoro znam dobrze hiszpański, ale nie miałem pojęcia, że jest tu aż tak nieamerykańsko. Miami faktycznie nie przypomina Stanów Zjednoczonych. Króluje hiszpański, muzyka i budownictwo rodem z Karaibów. Jeden z wielu taksówkarzy z którymi rozmawiałem pokazuje mi nocną panoramę miasta gdy przejeżdżamy przez most łączący South Beach z aglomeracją mówiąc: mira que bonito es todo eso, donde encontraras algo tan espectacular? Kiwam głową, ale pomimo kuszącego klimatu czuję, że Miami pozostanie tylko wakacyjną destynacją. Czyżbym już uzależnił się od energii Nowego Jorku i brakuje mi tu tej dynamiki? Nie wiedziałbym co ze sobą tutaj zrobić na dłuższą metę. Wiecznie wakacyjny vibe.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>