Miękkie popołudniowe światło zalewa wagon mojego ulubionego pociągu Amtrak Adirondack jadącego z Montréalu do Nowego Jorku. Trasa ta została wybrana jako  Top 10 Most Scenic Train Ride in the World. Mój drugi raz w stolicy Quebec umocnił pierwsze obserwacje – Montréal to miasto warte grzechu przypominające w swojej atmosferze Wrocław. Niby Kanada, ale z dużą dozą Francji w specificznej odmianie. W porównaniu z tętniącym i prychającym parą Nowym Jorkiem to miasto przyjemnie szumi.       W powietrzu czuć zdecydowanie większy luz, architektura jest spójna choć różnorodna na przestrzeni całego miasta, jest tu downtown pełne biznesu i głównej wystawowo-zakupowej ulicy Saint-Laurent, jest też cicha, estetyczna dzielnica Le Plateau Mont-Royal lub Le Petit Italy z charakterystycznymi schodami prowadzącymi do drzwi frontowych znajdujących się tam urokliwych kamienic.

      Jak duże jest i jak powstało tajemnicze miasto Montréal? Jest to drugie co do wielkości miasto Kanady, największy port morski wschodniej części kraju oraz główny ośrodek gospodarczy i kulturalny francuskojęzycznej części Kanady. Powstał jako niewielka osada francuska na cześć królewską nazwany Mont Royal – „Wzgórze królewskie” – stąd obecna nazwa. Pierwszymi Europejczykami, którzy dotarli do wyspy, na której dzisiaj leży Montreal, byli Jacques Cartier i jego towarzysze. Podczas swojej drugiej ekspedycji do Ameryki Północnej Cartier wyruszył z okolic dzisiejszego miasta Québecu w górę Rzeki Świętego Wawrzyńca. Dotarł do okolic wyspy Île de Montréal w październiku 1535. Odwiedził wioskę indiańską Hochelagę i wszedł na wzgórze dominujące nad wyspą, które nazwał na cześć króla Mont Royal. Ze wzgórza stwierdził, że jego dalsza droga w górę rzeki jest zablokowana przez serię niskich wodospadów na rzece (wodospady Lachine). W tej sytuacji zawrócił i popłynął z powrotem do morza i swoich statków. Po tej jednej europejskiej wyprawie nastąpiła długa przerwa. Francja, nękana wojnami domowymi, na wiele dziesięcioleci porzuciła myśli o koloniach zamorskich. Dopiero na początku XVII wieku Francuzi rozpoczęli ponowną próbę kolonizacji Ameryki Północnej, zakładając osadę Québec w 1608. W tym samym czasie zaczęli ponownie odwiedzać okolice Montrealu. Jednak dopiero w 1642 Francuzi wrócili, by zostać na stałe. Sieur Chomedey de Maisonnneuve i około 40 kolonistów zbudowali w lecie 1642 mały fort Ville-Marie. Z początku zadaniem kolonii było prowadzenie działalności misyjnej wśród Indian. Jednak już wkrótce kolonia stała się ważnym ośrodkiem handlu futrami. W miarę przekształcania się w faktorię handlową, osada przyjęła dzisiejszą nazwę Montreal, od nadanej przez Cartiera nazwy wzgórza (wówczas wymawianej jako jako Mont Réal). Liczba mieszkańców dzisiejszego Montrealu wynosi 1 649 519. Język francuski jest językiem ojczystym dla 52,4%, angielski dla 13,2%. W części miasta zamieszkałej przez większość francuskojęzyczną nazwy ulic i znaki drogowe są francuskie, a na zachodzie miasta, gdzie większość stanowią użytkownicy języka angielskiego, większość ulic ma angielskie nazwy, angielskie jest też oznakowanie drogowe, generalnie jednak poznając zakamarki miasta zdecydowanie czuje się, że jest się w strefie francuskiej. Przekłada się to też na kulturę jedzenia, mała kawa – w przeciwieństwie do standardów amerykańskich do jakich jestem zmuszony się przyzwyczajać – to faktycznie mała filiżanka, a nie pół litrowy kubek. Jakość jedzenia i popularność win jest kolejnym plusem europejskich wpływów. Sam akcent z Quebec jest ciekawy, wychwytywalny prawdopodobnie jednak tylko przez zaawansowanych znawców języka.

      Dodatkowym bonusem – jak w każdym dobrym mieście – jest ogromny park Mt. Royal;  wysokie na 233 m wzgórze w Montrealu i jednocześnie jego najwyżej położony punkt. Od lat siedemdziesiątych XX wieku obowiązuje w Montrealu zarządzenie ograniczające wysokość nowo powstających budowli do 233 m n.p.m., tak aby wzgórze pozostało rozpoznawalnym punktem w panoramie miasta. Na obszarze wokół najwyższego wierzchołka rozciąga się Parc du Mont-Royal (Park Mont-Royal), jeden z największych terenów zielonych Montrealu. Jego twórcą był Frederick Law Olmsted, który był już znany jako twórca nowojorskiego Central Parku oraz Golden Gate Park w San Francisco. Parc du Mont-Royal został otwarty w 1876 roku. Dwie platformy widokowe umożliwiają widok ze wzgórza na miasto. Obok wielu ścieżek i alejek oraz ponad 60 000 cedrów, świerków i klonów znajduje się malowniczo położone jezioro Lac aux Castors. W samym parku spotkałem mnóstwo hard-core’owych biegaczy, mieszane grupy kobiet i mężczyzn śmigały koło mnie z prędkością godną podziwu, gdy wspinałem się na wierchołek. Oni tam nie biegali żadnych lekkich 5km, ci ludzie robili intensywne interwały w temperaturze 31C i wilgotności powietrza bliskiej 80%. Pot lał się strugami. Gdy dotarłem na szczyt moja koszula była w połowie mokra. Poszedłem do parku koło zachodu słońca, więc światło było do zdjęć idealne. Pt. Mont-Royal to taka cichsza i ciekawsza wersja Prospect Parku w Brooklynie, choć designem i budową bym ich raczej nie porównywał, za to szerokie pasy do biegania okalające cały park to owszem charakterystyka typowo amerykańska. Chciałoby się tutaj mieszkać i mieć ten park na wyciągnięcie nóg. Atmosferą z kolei park przypomina nieco te europejskie poprzez dzikość, gęstość i tajemniczość. Gdy się wdrapie na górę nagrodzi nas nienajgorszy widok miasta ze szczytu.

      Wróćmy jednak do podróży. Wspomniany pociąg należy do moich ulubionych (robię tą trasę już 4 raz) dlatego, że widoki zza okien są niesamowite. Dwa lata temu jechałem nim również w lecie, to światło, ta przyroda i wygoda tego pociągu co prawda nie najnowszej generacji, nie jest to pociąg express typu Pendolino, ale na tyle szybki że podróż się raczej nie dłuży. Warto zabrać ze sobą jedzenie, bo to w tzw Warsie jest drogie i ohydne. Kawa w Amtrak sponsorowana jest przez Donkin Donuts więc lądowanie po delicjach montrealskich raczej twarde. WiFi obiecane, ale ani w tą ani w tamtą stronę nie pojawiło się choćby na moment. Może to lepiej. Trasa trwa około 10h jest więc czas na czytanie, obrabianie zdjęć i oczywiście instagram.

Nadchodzi małymi krokami jesień, mimo dalszych upałów, chyba bardziej przypomina mi o tym jakość światła. Moja ulubiona pora roku – kocham ją gdziekolwiek bym nie był. W Montréalu wita mnie ponownie. Allo!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *