Pociąg Nowy Jork – Montréal należy do moich ulubionych – robię tą trasę, wybraną jako  Top 10 Most Scenic Train Ride in the World, już 4 raz – dlatego właśnie, że widoki z niego są niesamowiteDwa lata temu jechałem nim również w lecie. To, co lubię w tej trasie, to światło, przyrodę za oknem, przyjemny stukot kół i wygoda tego pociągu, co prawda nie najnowszej generacji, nie jest to pociąg express typu Pendolino, ale na tyle szybki, że podróż się raczej nie dłuży. Warto zabrać ze sobą jedzenie, bo to w tzw Warsie jest drogie i ohydne. WiFi obiecane, ale ani w tą ani w tamtą stronę nie pojawiło się choćby na moment. Może to i lepiej. Trasa trwa około 10h jest więc czas na czytanie, obrabianie zdjęć i oczywiście Instagram.

    Przejdźmy więc do podróży właściwej – co to za projekt? Wśród szeroko pojętych znajomych w kategorii podróże małe i duże, i nie tylko, rozróżniam dwa typy osób: tym, którym można ufać, a zatem i z którymi można planować podróże, oraz wycofujący się z obietnic typ ctr+z, czyli tak, ale poczekaj, jednak nie, chociaż prawie było tak. Tych ostatnich dobrze unikać (nie tylko w kwestii podróżniczej), a przynajmniej nie robić żadnych konkretnych planów opartych na ich cacankach. Lata interakcji międzyludzkich nauczyły mnie rozpoznawać oba przypadki trafnie i szybko, chociaż zawsze zdarza się ten pierwszy fail u nowo poznanych ludzi, trzeba się zawsze nadziać raz czy dwa, ale nie warto więcej, jest to wtedy już przejaw niepotrzebnej wiary w kogoś, kto nie wierzy sam w siebie. Antoine, którego poznałem w 2014 roku w Udaipur w Indiach, należy do pierwszej, niezwykle wąskiej grupy ludzi słownych. Co powie, tak zrobi, a przynajmniej dołoży starań wszelkich aby honoru nie plamić. Typ to rzadki jak grupa mojej krwi – można rzec, że krew błękitna wśród mas ctr+z. Tak się złożyło, że w połowie lipca dostałem wiadomość od tegoż Montrealczyka dopytującą czy ja bym się nie pisał na spływ kajakowy w kanadyjskiej głuszy (ale tak naprawdę to chyba nie nazywa się kajak, bo chodziło o canot aka canoe, czyli łódź dla dwóch ludzi z jednym wiosłem dla każdego). Tutaj klasycznie moja odpowiedź była zwięzła i szybka, wielkie entuzjastyczne tak! Przewijamy czasomierz miesiąc wprzód i okazuje się że ostatecznie, po wielu perypetiach i szukaniu sprawdzonego czwartego do brydża (mieliśmy dwa kajaki), wybrany termin to początek września.

        Około 23h ruszyliśmy z Montrealu w drogę w stronę Réserve Faunique de Verendrye. Ta oaza dzikiej przyrody znajdująca się 4h na północ od stolicy Quebec, jest jednym z największych rezerwatów przyrody tej prowincji – liczy sobie prawie 13 tysięcy km. kwadratowych. Na jego obszarze doliczyć się można 4000 (sic) jezior, same trasy kajakowe to 800 km radości przerywanej tylko czasami portages, które wyjaśnię w dalszej części tekstu. W lecie jest sezon na kajaki i łodzie, jesienią zaczyna się tu sezon dla myśliwych. Okresy te nie zachodzą na siebie nie przez przypadek.

    Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w domku letniskowym rodziców Antoine’a, skąd zabraliśmy pierwszą łódź. Dotarliśmy około 1 w nocy, zanim zapakowaliśmy łódź na dach zrobiła się prawie 2. Poszliśmy spać w nowo wyremontowanym leśnym domku znajdującym się tuż koło małego jeziora. Pobudka o 5.30 rano aby zdążyć na czas do wypożyczalni (druga łódź) już na terenie Reserve Venérdrye. Droga w starej Toyot’ie Antoine mijała w miarę szybko. Po dotarciu do punktu startu dostaliśmy mapy, zapłaciliśmy wstęp do parku ($13/dzień/osobę), wypożyczyliśmy łódź ($30/dzień), zrzuciliśmy je do wody, szybko upakowaliśmy wszystkie rzeczy i ruszyliśmy przed siebie. Było słoneczne przedpołudnie, temperatura około 28C z lekkim, przyjemnym, ciepłym wiatrem. Pływanie łodzią nie jest takie łatwe jakby się wydawało, ale szybko uczę się na błędach. Oprócz mnie i Antoine’a w wyprawie uczestniczy Jan, którego Antoine poznał na wymianie studenckiej w Monachium, i Tristan, najlepszy przyjaciel młodszego brata Antoine’a. Wszyscy z Montrealu i wszyscy jeszcze w szkole. To już mój trzeci roadtrip z Antoinem, a to właśnie między innymi dlatego, że słowa danego zawsze dotrzymuje. Skład był wyborowy, gdyż Antoine zapewniał auto i kajak, Tristan doświadczenie przy sterowaniu łodziami, ja zdjęcia, a Jan znajomość map i tego terenu, gdyż był tu w zeszłym roku.

Pierwszy dzień to spokojne wiosłowanie po jeziorze aż do pierwszego kampingu. Jako że był początek długiego weekendu, szykowało się na wodne harce wielu Québécois, ale my wyruszyliśmy skoro świt i mieliśmy nad nimi lekką przewagę. Zresztą Kanada jest tak rozległym krajem, Quebec tak potężnym terytorium, że w tego typu parkach można godzinami nie spotkać żywej duszy, czy raczej ludzkiej duszy, bo flora i fauna owszem w rozkwicie. Na mapie zaznaczone są dokładnie trasy i wyznaczone miejsca kempingowe. Jest ich sporo, chociaż zdarzało nam się w późniejszych dniach zawijać do kempingów już przez kogoś zajętych. Wtedy trzeba szukać innego. Nie było tak pierwszego dnia. Od razu pierwszy napotkany okazał się pusty. Ten akurat znajdował się na wyspie wykluczając zagrożenie niedźwiedziem. Wszystkie kempingi były piękne, a najlepszy znaleźliśmy ostatniego dnia. Zabraliśmy ze sobą sporo jedzenia. Szynki, kiełbasy, sery, ziemniaki, chleb, marynowane oliwki, tuńczyk, confit z kaczki, schab i sporo innych rzeczy wypełniało przenośną lodówkę. Wydawało się tego mnóstwo, ale ostatecznie okazało się że było w sam raz. Nie braliśmy żadnego alkoholu. Pierwszy dzień zakończył się pływaniem, ogniskiem i pierwszą kolacją przy ognisku. Potem w miarę szybko wszyscy poszli do namiotów, bo spaliśmy tego dnia tylko 3h.

    Nazajutrz dzień rysował się słonecznie i świeżo. Po sytym śniadaniu z jajek i bekonu oraz obowiązkowej kawie mocnej jak letnie słońce. Wiosłowaliśmy tego dnia przez jeziora na dnie których falowały niesamowite formacje alg i traw, jakby okolica zapuszczała na jesień włosy. Dotarliśmy najpierw do klifu, na który chłopcy się wspięli, potem na idylliczną plażę, na której relaksowała się nieco dalej już pewna para z dwoma psami. Godziny mijały szybko. Robiliśmy częste postoje na brzegu i na wodzie by przegryzać to i owo, ale również i łowić. Popołudniu Tristanowi udało złapać się sporą rybę! Tyle, że wyglądała dziwnie zielono i oceniliśmy, że do jadalnych nie należy raczej, więc wróciła z powrotem do jeziora. Tego dnia przepłynęliśmy prawie 20km wiosłując z licznymi przerwami od świtu niemal do samego zmierzchu. Zaczęliśmy szukać kolejnego kempingu, ale jeden i drugi były zajęte, ściemniało się. W końcu do trzech razy sztuka – kolejne bardzo przytulne miejsce zostało naszym domem na jedną noc. Długi ów dzień pełen dobrych wiatrów zaserwował nam również i szczęśliwe zakończenie. Na horyzoncie cały czas groziła burza, błyskało, ale na dobre rozpadało się dokładnie w momencie kiedy skończyliśmy kolację i mogliśmy schować się bezpiecznie do namiotów. Padało rzęsiście całą noc. Mój plecak bardzo to przeżył, ale obyło się bez strat a i wodoszczelność namiotów nie zawiodła.

        Obudziłem się jak każdego dnia najwcześniej ze wszystkich. Cały kemping był mokry, o rozpaleniu ogniska na razie nawet nie myślałem. Tristan wstał i zaproponował wypłynięcie na ryby. Ruszyliśmy. Była może 8 rano, poranek mglisty i szary. Kolory znane mi z Kraju Basków czy Szkocji. Na środku jeziora złapała nas przelotna letnia ulewa – wspaniały widok o samym poranku, choć na moment zrobio się zimno. Nie dalej jak 10 min później Tristan złapał kolejną rybę – tym razem wyglądała na jadalną i taką też się okazała. Co to było za śniadanie! Pyszna, świeża ryba z rozpalonego wspólnym wysiłkiem jednak ogniska. O to właśnie chodzi. Zapakowaliśmy się i ruszyliśmy. Tego dnia zamieniliśmy jeziora na rzekę i mieliśmy dwa lub trzy rapids czyli miejsca gdzie woda płynie szybciej. W zależności od levelu takich momentów, można albo spróbować to przepłynąć jeśli ma się doświadczenie i odwagę, albo użyć portage czyli przenieść łodzie wraz z łądunkiem lądem aby ominąć rapid. Czasem takie portage są wręcz obowiązkowe, tzn nie ma innej drogi. Pierwszego dnia mieliśmy dwa takie przejścia. Jest to raczej niepożądany przystanek, bo zwalnia rytm ale przede wszystkim jest wiele dźwigania. Mój kręgosłup pierwszego dnia na pewno nie był zadowolony. Zwłaszcza, że taki kajak przenosiliśmy pojedynczo na głowie. Fajne doświadczenie ale raczej z tych cięższych (dosłownie). Drugiego dnia więc przy rapids postanowiliśmy je przepłynąć. Tristan zaproponował żebyśmy wysiedli z łodzi i przeprowadzili je idąc rzeką. Prąd był spory. Ja niestety nie miałem butów, które mógłbym zamoczyć więc siedziałem w łodzi. Antoine i Tristan na przodzie, Jan hamował z tyłu. Było ciężko ale się udało. Potem po przebyciu drugiego, gdy wsiadałem do łodzi, wszystko się zachwiało i aby ratować to, co w łodzi najpierw ja skoczyłem do wody, a sekudnę później Antoine. Łódź została jednak uratowana, chociaż trochę wody się nalało. Wywrócić coś takiego nie jest trudno, ale trzej chłopcy byli wyraźnie bardziej doświadczeni, stawali i łowili na stojąco czasem i ogólnie mieli zdecydowanie więcej doświadczenia.Warto może tu wspomnieć, że dziadek Antoine’a wyznaczał mapy Quebec z Indianami…także dobre ma tradycje w rodzinie. Opowiadał mi, że dziadek znikał na 6 miesięcy na kanadyjskich bezdrożach, to były czasy, to była prawdziwa podróż i prawdziwy camping czy raczej survival. Dzisiaj wszystko jest trochę na niby, jedzenie przywozimy ze sobą, mapy już są gotowe, a pewnie jak się uprzeć to można nawet z tego parku do kogoś zadzwonić. XXI wiek.

    Ten dzień zakończył się znalezieniem optymalnego kempingu. Ognisko usytuowane było na skarpie z widokiem na całe jezioro, z niewielkiego bardzo klifu można było skakać do wody, ale miało też to miejsce wodospad i dwa miejsca na namioty wygodnie uplasowane w miękkim lesie. Popłynąłem wpław jakieś 500m na drugą stronę jeziora aby obczaić drugi kemping. Ten okazał się ciemny i mokry, bo przedpołudniem nie było słońca. Mieliśmy ogromne szczęście, bo nasz był suchy i przyjemny – najlepszy ze wszystkich trzech. 15 min po nas do tego drugiego mokrego zawinęły dwie pary. Trochę nam ich było żal, przypłynęli nawet do nas ponarzekać, że jest toute mouille. Ah well, we win. Tym razem na kolację był makaron z tuńczykiem, sosem pomidorowym i warzywami – typowy podróżniczy miszmasz. Po kolacji Antoine i Jan zawinęli od razu spać, a ja postanowiłem zostać obczajać gwiazdy i porobić nocne foty. Tristan postanowił zostać ze mną. Klasyczne długie ekspozycje przy ognisku i gwiazdach.  W końcu zmęczyłem się, położyłem na macie i patrzyłem w gwiazdy.

     Była to ostatnia noc, tego typu okoliczności przyrody są idealne by pomyśleć co i jak, ale jakoś nic mi do głowy nie przychodziło. Ponieważ byłem wysoko bardzo zaczęło prześladować mnie uczucie, że zajdzie mnie z tyłu niedźwiedź i co wtedy. Nie żeby na mnie polował, tylko w poszukiwaniu jedzenia, ale jak już mnie spotka to może być różnie. Nie mogłem odpędzić tej myśli, tak że w końcu poszedłem do namiotu. Ale gdy już się dobrze ułożyłem, zorientowałem się że zapomniałem schować aparat, który nadal dumnie czekał przy ognisku na statywie. Oups. Wróć! I dobrze, że mi się przypomniało, bo nad ranem znowu zaczęło nieźle padać.

     Słów kilka o aparacie. Ogólnie spisał się bardzo dobrze, wziąłem Canona 5D mk III, żeby nie martwić się o baterie i był to słuszny ruch, bo ten Fuji Xt-20 wytrzymałby jeden dzień. Trzy baterie Canona starczyły spokojnie na cały pobyt. Pożyczyłem też obiektyw 24-105mm od koleżanki. Ma co prawda tylko światło 3.5-5.6 ale do podróży zupełnie starczał i spisał się bardzo dobrze. Do tego oczywiście filtr polaryzacyjny, który jak wiemy czyni cuda i do podróży jest szkiełkiem niezbędnym.

    Ostatni dzień to już leniwy, mglisty, deszczowy nieco poranek i zaledwie 1h wiosłowania do końca podróży. Trasa ta była pętlą, czyli zaczynałą i kończyła się w tym samym miejscu. Jak to możliwe do dzisiaj się wszyscy pytają, ale faktem jest że dotarliśmy tam, skąd wyruszyliśmy, oddaliśmy łódź i nieco brudni i zmęczeni ruszyliśmy w drogę powrotną do Montrealu.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *