How was Mexico? – zapytał mnie znajomy amerykański aktor po moim powrocie do Nowego Jorku. A dobrze, a miło, smacznie, słonecznie, kolorowo i brudno, mówię mu. A gdzie ty byłeś? – dopytuje David. Baja California, odpowiadam. In California? – cieszy się mój znajomy gringo – Awesome! Uhm, no, I mean, yes, but it’s Baja California, to jest ta Kalifornia pod Kalifornią, tłumaczę. David marszczy czoło. What’s that? But…it’s California? Postanawiam jeszcze trochę pobawić się tą geograficzną dawidową zagadką, it’s fun, więc wolno i wyraźnie powtarzam z nałożonym do łatwiejszego audio-trawienia amerykańskim akcentem: B-A-D-Ż-A K-E-L-I-F-O-R-N-I-A i czekam jak sytuacja potoczy się dalej. David nie wytrzymuje: …but which country is it?? Haha, Mexico, David, Mexico!! They have their own California too. 

              Z tego wstępu można by wnioskować, że jestem ekspertem w temacie półwyspu Baja California. Nic podobnego. Do Meksyku pojechałem zielonożółty jak pustynny kaktus, brak researchu nie wyszedł nam jednak na dobre. Był to jeden z tych spontanicznych tripów narodzony z pozimowo-poziomej (!) stagnacji. W okolicy lutego, marca, z głową i ciałem jest już tak źle, tak zimno, tak nudno i szaro, że ludzie tacy jak my, jeden mieszkający w lodowatym Montrealu, drugi w niewiele cieplejszym Nowym Jorku, zaczynają ukradkiem zaglądać a to na google maps, a to na swoje konta bankowe. I zaczyna się liczenie, czy jakby tutaj przesunąć, a tam dopchnąć kolanem, to może jakiś bilet lotniczy by się z tego ulepiło. No i hop. Krótka piłka, tak jak lubię. Antoine, mój stały  kompanion podróży na kontynencie północnoamerykańskim (poznaliśmy się w 2014 w Indiach, well, well) dał sygnał, czy by może w kwietniu do Yucatan nie uderzyć, ja powiedziałem, dobrze, w porządku, pasuje, ale może nad to inne morze, to z zachodniej strony, bo tam nas jeszcze nie było. Antonie powiedział ah oui ah bon. Trzy dni później DELTA Airlines pisze do mnie ciepły list, w którym informuje, że 19 kwietnia lecimy do Sand Diego. Pues muy bien.

            W San Diego nigdy nie byłem, ale ten klimat miast kalifornijskich dobrze znam. Przede wszystkim jest to pierwszy mój raz tutaj od całkowitej legalizacji marihuany. Dziwne to uczucie pójść i legalnie nie tylko kupić zioło, ale i je palić spokojnie na ulicy nie oglądając się przez ramię. Cieszę się, że ten czas wreszcie nastał, ta wymarzona przez nas licealistów kraina normalności. Brava! Niby nie pierwszy raz doświadczam takich zakupów, bo w roku 2005 pociągiem pojechałem z Londynu do Amsterdamu (jedyny raz w życiu!) i tam w coffee shopie owszem kupiłem haszysz afgański i paliłem. Ale to jednak nie to samo uczucie. 15 niemal lat później jestem w Kalifornii, w tzw dispensaries, czyli punktach sprzedaży marihuany, i patrzę na dziesiątki produktów za szklaną ladą. Uprzejmy sprzedawca w moim wieku informuje mnie, że jeżeli chcę chillowy zbak, to poleca mi to-i-to, oraz, oczywiście – klasyk – czyli sour diesel. No to poproszę oba. Dokupuję puszeczkę żelków z CBD, za co ta firma nagradza mnie dwoma jointami z THC. Każdy z nich niemożliwy do spalenia w pojedynkę. Takie czasy. Z trudnością docieram to 1/3 jointa, gaszę i zostawiam na później. Tak poza tym w San Diego jest w miarę przyjemnie. Miła pogoda, plaże. Spektakularne wybrzeże La Jolla z mnóstwem morskiej fauny. Ale w mieście rządzą bezdomni, których z każdym rokiem przybywa. Pamiętam mój pierwszy pobyt w San Francisco w 2008 roku. Jedna z rzeczy które najbardziej zapadły mi w pamięć, to właśnie ilość bezdomnych ludzi w centrum miasta. Wszędzie. Od tego czasu jest chyba jeszcze gorzej. Otóż wyczytałem w Washington Post ostatnio, że między 2012 a 2018 rokiem ilość bezdomnych w skali kraju co prawda zmalała o parę procent, ale w dużych miastach wzrosła. W Nowym Jorku o 47% (!), a w Los Angeles o…75%! American dream is dead. Tak mówią. Strasznie to wygląda, fala epidemii opioidów zmiata ludzi tysiącami i to naprawdę bardzo wyraźnie widać, chociaż przewodniki raczej o tym nie napiszą. Musicie przekonać się sami. #sad

 

 

            Następnego dnia przekroczyłem granicę bez najmniejszych problemów. $30 i bez kolejki, bez żadnych kontroli znalazłem się w Tijuanie – najniebezpieczniejszym obecnie mieście świata, które pochwalić się może solidną średnią sześciu morderstw każdej nocy. Muy fucking bien! Póki co: taxi! Wbijam do AirBnB za miastem na wybrzeżu gdzie czeka na mnie Antoine. Idziemy zwiedzać Tijuanę…well, powiem tak, mieszkanie w tym mieście byłoby przygnębiające. Brud, kurz i zgiełk typowy dla latynoskich miast. Architektura: basic na znanej nam polakom zasadzie tam przyklepać, tutaj dwa gwoździe, tu podmurujemy, tutaj trochę blachy, pomalować y ya esta! Brzmi znajomo? Efekt wizualny…bardzo…ciekawy. Ale są plusy! Tacos! Najlepsze jakie jedliśmy w Meksyku. A dla tych, co poszukują przygód, nie brakuje tu ani klubów nocnych, ani stipteaser’ek, ani narkotyków; są też cartele, broń, skorumpowani policjanci i mnóstwo bezdomnych, więc nie ma nudy. Ale co złego to nie my, więc po pysznej kolacji z homarów idziemy grzecznie spać bo rano pus-tynia.

          Jak pisałem nie zrobiliśmy dobrego wywiadu, więc – wstyd przyznać – ja w ogóle zaskoczony byłem tym, że cały ten półwysep to faktycznie pustynia. Cały! Pustynia meksykańska, nie Sahara, zatem dużo tam roślinności, prężne kaktusy, na których nudzą się sępy, mnóstwo kamieni a pod nimi jaszczurki, a nad nimi kojoty i pełno innej flory i fauny. Na zachodnim wybrzeżu było chłodnawo. Za dnia 20C, ale Pacyfik lodowaty. Za to po drugiej stronie, w zatoce kalifornijskiej, gorące 30C i woda zdecydowanie przyjemniejsza. Ponieważ nie mieliśmy konkretnego planu jechaliśmy od miasteczka do miasteczka biorąc co nam Baja dawała. Dobre widoki, tanie tacos, przede wszystkim odpoczynek od miasta. Nie uczestniczyliśmy w żadnych turystycznych atrakcjach, nie udało się nawet ponurkować, bo woda za zimna, nie było sky diving ani nic takiego, za to uruchomiłem drona testowo i zadebiutowało też nowe GoPro jako wstęp do dużo większej podróży w lipcu. Z ciekawostek dodam, że nie warto przekupywać meksykańskich policjantów lub armię jeżeli złapią was z ziołem, bo – jak się okazuje – marihuana została prawnie zdekryminalizowana. My tego nie wiedzieliśmy, więc gdy wojskowy check-point nas zaskoczył zza zakrętu trochę się zrobiło nieprzyjemnie. Przeszukanie. Straszenie, że mamy problem. Coś tam posłyszałem o więzieniu. Ja raczej spokojnie podchodzę do takich konwersacji wytrenowany latami gimnastyk typu public relations z polską, a nawet światową policją. Przydał się płynny hiszpański no i wiadomo – dogadaliśmy się. Każdy rzucił $100 i po 15 minutach kontynuowaliśmy drogę, tyle że już bez palenia, a również skonfiskowane zostały dwa znaczki pocztowe, które nigdy żadnych listów i tak nie miały zdobić. Tak czy inaczej, to prawda, co mówią: w Meksyku łapówki nadal działają doskonale. Policjant nawet starał się używać ciekawych, acz zbyt prostych by nas przechytrzyć technik psychologicznych interrogacji, czym mi nie zaimponował, natomiast podobało mi się, że nie tylko nie krył radości, że nas złapali, ale nawet powiedziałbym pro-aktywnie podszedł do procesu negocjacji ceny łapówki, którą miał nadzieję podbić gdyby coś jeszcze tam znalazł.

       Na początku myśleliśmy że uda nam się może dotrzeć aż na samo południe do Cabo San Lucas, ale szybko okazało się że Baja California to jest porządny kawałek ziemi i 7h jazdy niekoniecznie wygląda imponująco na mapie. Mając tylko 10 dni do dyspozycji ostatecznie zawróciliśmy w połowie półwyspu wracając jego wschodnim wybrzeżem. Ale jako że była to temporada baja, czyli poza sezonem, często trafialiśmy na pół-wymarłe miasteczka rodem z meksykańskich westernów. W 30C upale życie w miasteczkach takich jak Bahia de los Angeles toczy się mozolnie. Nikogo za bardzo nie widać na ulicach. W powietrzu czuć słone morze i skwar. Więcej działo się zdecydowanie w Mulegé czy Punta Abrejos. To ostatnie zdominowane zbyt mocno jednak przez turystów, sporo Amerykanów ma tu wakacyjne domy. Nie lubię takiego klimatu, ale z kolei w miejscach takich można dobrze zjeść, świeża ryba z grilla i zimne białe wino po całym dniu jazdy jest wisienką na torcie. Dochodzę jednak do wniosku że być może największy urok wyprawy do Baja to właśnie jazda samochodem przez pustynię. Zrobiliśmy tysiące kilometrów w suchej krainie kaktusów; krainie w której dość łatwo można się zgubić, gdyby tak przyszło komuś na myśl oddalić się od drogi. W nocy temperatury spadają z hukiem o 10C i z 23 Celcjuszy robi się ich 13 po zmroku. Spanie w aucie na pustyni w nocy to też mini nowość. Trip po Baja California zakończyliśmy najpierw wizytą w winnicach Santo Tomas, po których oprowadzał nas Meksykanin płynnie mówiący po francusku, angielsku i włosku, czyli moje lingwistyczne alter ego, a potem pół dniem w Tijuanie, gdzie zdaliśmy samochód, zjedliśmy ostatnie tacos i nastąpiło adios. Antoine w stronę Kanady, a ja na pieszo przez granicę do San Diego. Mój drugi Meksyk (pierwszy raz w 2011 Yucatan+Chiapas) stał się faktem. Era un viaje muy bueno, muy tranquilo, con mucho desierto, cielos llenos de estrellas, sol y tacos. Tak! Tacos!

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *