Minęło siedem lat od pierwszego wojażu na rowerze w poprzek Europy. Biały Rycerz osiadł i kurzy się teraz w pewnej drewutni w Polsce, ale ja zawsze wiedziałem, że nie będzie to ostatni taki trip. Czas jednak płynął, a kolejne lata mijały bezrowerowo. Kiedy następna przygoda na szosie? Najpierw przyszedł sam pomysł na trasę niedługo po tym jak przeprowadziłem się na północnoamerykański kontynent. Tak jak w 2012 roku do podróży zainspirowali mnie znajomi. Tym razem była to zakochana para, która podróż nie tylko planowała, ale i wyegzekwowała jako prezent z okazji ostatecznego pożegnania z USA. A było to gdzieś w okolicach roku 2016. Nie jest wykluczone, że również w moim przypadku wycieczka, którą zaraz opiszę, może okazać się prezentem z tej samej okazji. Henryk&Justyna zrobili to, co robi bardzo wiele ludzi w okolicach lata lub jesieni na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych: wskoczyli na rowery na dalekiej północy i puścili się szusem na południe. Miejsce mety i startu  klasycznego roadtripu wzdłuż Pacyfiku może być różne, ale najpopularniejsze scenariusze to start w Seattle lub Portland, a meta w Los Angeles lub San Diego. Słabsi zawodnicy kończą w San Francisco. Oczywiście nie brakuje hardcorowców, którzy jadą od Alaski po krańce Ameryki Południowej, jak młody autor bestsellera The New York Times To Shake The Sleeping Self, ale jakkolwiek kusząca nie byłaby ta opcja, nie miałem na nią funduszy. Czasu za to, jak zawsze, miałem bardzo dużo. Nosiłem się z zamiarem pójścia w ślady moich znajomych parę lat – to nietypowe dla mnie, bo zwykle decyzje podejmowane są w mgnieniu tygodni – ale tym razem jakoś się nie składało. W końcu na początku 2020 postanowiłem, że to musi być ten rok, mimo że kalendarz pełen był już planów. Szybko okazało się, że jedyne co uda się zrealizować to narty w Vermont w lutym. Potem miało być po raz pierwszy w życiu Tokyo w kwietniu. Wreszcie mogłem dołączyć do milionów Amerykanów i z czystym sumieniem powiedzieć: I am really excited! Bo byłem, ale nie byłem, bo zanim ja do Azji, w połowie marca Azja przyszła do nas, huknęła Corona i jeden po drugim loty przez Pacyfik zostały odwołane. Wkrótce potem straciłem kolejne połączenia przez Atlantyk do Polski, mój plan na lipiec również runął. Skoro narty zimą, Tokyo wiosną, Polska latem, to trip po zachodnim wybrzeżu uplasował się początkowo na jesieni w wygodnym i zdawałoby się ciepłym miesiącu wrześniu. I był to dobry plan. Teoretycznie. Gdy tuż po powrocie z nart z Vermont Covid19 brzydko chuchną zamykając granice i efektem domino burząc japońsko-polskie plany, okazało się że w kalendarzu pozostał już tylko wypad krajowy, czyli właśnie rowerowy szus z Waszyngtonu do Kalifornii. Od początku zakładałem, że będzie to Seattle – LA i tak też się stało, tyle że z września przełożyłem go na lipiec, bo nie sposób było wysiedzieć w zainfekowanym Brooklynie. Najpierw trochę żałowałem, a potem się cieszyłem. Przede wszystkim lipiec dlatego, że po 4 miesięcznej kwarantannie w dotkliwie rażonym wirusem Nowym Jorku dostawałem kociokwiku. Wszystko zostało zamknięte, zamrożone, zamaskowane. Praca wyschła jak niepodlewane kwiaty w sierpniu. Nul. Ale nie nuda, bo ja się raczej nie nudzę, a przecież do pracy specjalnie nie tęskniłem. Po co wstawać o ósmej rano jak można o dziesiątej? Nastąpił ciekawy czas przymusowych wakacji, czas pełny książek, medytacji, przypadkowych filmików na YouTube, sesji w słońcu na dachu i godzin różnorakich podcastów. A także wypadów rowerowych od Brooklynu po Queens. Potem w Maju wybuchła bomba BlackLivesMatter, codzienne protesty i wyczuwalne w dzień i w nocy rosnące napięcie jak nigdy przedtem. Nudności, ale nie nuda! Problem polegał na tym, że taki homo ludens jak ja, człowiek przyzwyczajony do podróży i gry, za długo w miejscu usiedzieć nie zdzierży. A tu tylko Nowy Jork, Nowy Jork, a place so nice they named it twice. Ale jaki to Nju Jork? Najpierw opustoszały zabite dechami sklepy, odgłosom wkrętarek i młotków w rękach robotników wtórowały złowrogie syreny karetek 24h na dobę. Przez dwa miesiące. A potem z kolei zamieszki na ulicach i niespotykana wcześniej brutalność policji, przebąkiwanie o mini wojnie domowej, o nadchodzącym kryzysie finansowym i społecznym. Wiele ludzi obudziło się ze snu o wolnej Ameryce. Kraj ten teraz przypominał mini dyktaturę w stanie wojennym. Chaos, dezinformacja niesiona przez social media i tysiąc opinii, a każda z nich inna i każdy ma swoje racje. Sprawy wymykały się spod kontroli. W takiej atmosferze, przy totalnym braku pracy, stwierdziłem, że po co czekać na wrzesień, skoro można ruszać na zachodnie wybrzeże już. W czerwcu zacząłem planować. Co do trasy nie było żadnych wątpliwości, jest to dobrze ubity trakt, który wiedzie generalnie wzdłuż wybrzeża na przemian drogami 1 i 101. Musiałem natomiast kupić rower. Znalazłem ładny czarny okaz w sklepie w Seattle, po paru mailowych ping-pongach, boom! Kupiłem. Rower oryginalnie miał przerzutki i był typem wyścigowym, a wiadomo, że nie o to chodziło. Od początku wiedziałem, że jeśli powtarzam wyczyn z Europy, to robię to również na jednobiegowcu. Single speed bitch! Nie mogło być inaczej. Poleciłem mechanikom pozbycie się przerzutek (you going to LA? boy that’s gonna be hard i szybkie spojrzenie na moje nogi by sprawdzić czy jest tam wystarczająco dużo mięśni, a moje nogi chude! przypomniał mi się od razu dialog w sklepie rowerowym w Nice we Francji, ah oui, il a des jambes…) i zamienienie prostej wyścigowej kierownicy na klasycznego długodystansowego barana, który gwarantował co najmniej trzy chwyty, co jest ważne przy kilkugodzinnej jeździe. W zasadzie chwyt na kierownicy zmienia się co parę minut, raz tak, raz tak, aby nie nadwyrężać dłoni i nadgarstków, a czasem nawet bez trzymanki, łoł! Suma sumarum włoski stalion Bianchi Pista Nero kosztował mnie po modyfikacjach prawie $1000. Nie tak to miało być, liczyłem, że wydam połowę tego, ale cóż, c’est la vie. Warto przypomnieć, że na białego rycerza, którym przemierzałem Europę i którego również kupiłem online, wydałem zaledwie €250.

 

     W końcu na początku lipca wsiadłem do w połowie pustego samolotu. Rumbo Seattle. ŁoŁ, to chyba pierwszy taki lot, gdzie mogłem wybierać sobie miejsca jak na seansie kinowym o 11 rano. Pierwszy raz w osławionym instagramowymi zdjęciami NorthWest i pierwszy raz w Seattle. Tym razem w nietypowych okolicznościach. Toż to środek epidemii. Tak się złożyło, że przeżywszy ciężkie trzy i pół miesiąca w światowym epicentrum pandemii opuszczałem Nowy Jork w momencie, gdy Corona wirus został na wschodnim wybrzeżu ujarzmiony i opanowany. Liczba zachorowań spadła o 90% w porównaniu z brutalnym kwietniem i majem. Tymczasem na zachodnim wybrzeżu zabawa dopiero się zaczynała, a więc z pandemicznego Nju Jork na pandemiczny Zachód. Nie było szans na psychiczny wypoczynek. Kalifornia w szczególności cierpiała w samym środku lata. O powadze sytuacji łatwo można było się przekonać wychodząc na ulice. Ludzie w maskach, trwoga w oczach, sklepy i restauracje pozamykane, metra i autobusy pustawe, żarty się skończyły. Seattle, jak większość miast amerykańskich, nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia, czy to dlatego że ciężko zrobić wrażenie na kimś kto mieszka w Nowym Jorku, czy dlatego że miasta w USA generalnie mnie za serce nie chwytają. Po wizytach w Filadelfii, Miami, Waszyngtonie, San Diego, Dallas czy Nowym Orleanie, Seattle to kolejne miasto, które wydało mi się jakby na wpół martwe, dziwnie spokojne i niezbyt ciekawe. A może po prostu taki miałem stan umysłu. Tym razem efekt wyludnienia potęgował jeszcze bardziej pandemiczny stupor. Nie byłem w nastroju na zwiedzanie, miałem zresztą w Seattle tylko dwa dni. Odebrałem rower, kupiłem dużo innych potrzebnych rzeczy, zjadłem parę sałatek za $15, i 8 lipca byłem gotowy do drogi. Podliczyłem, że razem z rowerem i lotami na samo przygotowanie wydałem $2K. A nie ruszyłem jeszcze nawet w trasę! Naiwnie liczyłem, że cały trip zamknie się może gdzieś w okolicach $2.5K. Nope. Było wiadome od początku, że koszt będzie srogi! Skoro przewidywałem 6 tygodni jazdy, nawet przy założeniu że wydawałbym tylko $50 dziennie, przy pomnożeniu tego przez około 40 dni…wychodziły kolejne dwa tysiące. Pas bien! Ekstrawagancja dla kogoś kto nie pracuje od 4 miesięcy. Co ciekawe poprzedniego lata przejechaliśmy całe Stany Zjednoczone w poprzek autem w trzy osoby w trzy tygodnie i ta podróż ostatecznie okazała się dużo tańsza niż ta rowerowa. Jak się dzieli wydatki na trzy to jednak robi to ogromną różnicę, zwłaszcza przy wynajmowaniu AirBnB. Zwykle za około $100-150 znajdowałem bardzo przyjemne, czyste mieszkania lub domy z wygodnymi łóżkami i wyposażoną kuchnią. De facto płaciliśmy max $50 na głowę. Tym razem spałem na twardej ziemi, na kampingach, które często nie miały toalet (#covid19), ale za to hordy przyjaznych mrówek, co lubią gryźć, robiąc śniadanie przy ognisku i marznąc praktycznie każdej nocy, a i tak nierzadko płaciłem za to również $50.

      Ale nic, ruszyłem! Początek przypominał pierwsze dni na Białym Rycerzu. Pochmurno i zimnawo jak na lato. Liczyłem, że taka pogoda to tylko stan przejściowy. Nope. Jakże się myliłem. Rower jakościowo był niby lepszy niż biały Hiszpańczyk rodem z Valencii z 2013, ale za to cięższy i jakby trudniej się na nim jechało. Pierwszego dnia wręcz zwątpiłem czy to będzie w ogóle możliwe. Byle podjazd sprawiał mi ogromne problemy. Coś było nie tak. Wkrótce zorientowałem się, że odpowiedzialne za to było za nisko zamocowane siodełko. Carajo! Gdy to poprawiłem od razu poczułem większą moc. Wiele rzeczy się zmieniło w porównaniu z Euro tripem, ale były też przedmioty, które pamiętają tamtą jazdę. Na przykład plecak. Ten sam, co siedem lat temu. W międzyczasie łatany parę razy, ale zabrałem go z sentymentu, lubię takie kontynuacje. Również śpiwór, który pamięta jeszcze pierwszą autostopową podróż do Hiszpanii na początku wieku, i lampa rowerowa, a nawet spray na komary. Kluczowym błędem było nie kupienie namiotu. Początkowo postawiłem na namiot i nawet zamówiłem jakiś jednoosobowy, ale gdy po tygodniu status zamówienia nadal wskazywał: czeka na wysyłkę, okazało się że tego namiotu nie ma na stanie. Stracony czas trudno było nadrobić i ostatecznie zdecydowałem się na hamak last minute, zakładając, że i tak przecież będę jechał w środku lata.  Poza tym hamak jawił mi się bardziej cool niż namiot. Był to duży błąd, który zaważył na całej podróży. Jednym słowem: marzłem przez pierwsze cztery tygodnie wyprawy.  Pozytywną zmianą były natomiast sakwy rowerowe. Tym razem wodoszczelne. Pamiętam że w 2013 parę razy jechałem w deszczu i tamten materiał tego nie wytrzymywał. Tutaj nie było o tym mowy, sakwy zrobione były z materiału przypominającego elastyczną plastiko-gumę. Martwił mnie natomiast ich ciężar. Ważyłem raz na trasie rower wraz ze wszystkimi manelami i wyszło 50 funtów, czyli 25kg.

       Pierwszego dnia zrobiłem 101km. Tak zupełnie przypadkowo na cześć głównego bohatera pierwszego tygodnia, drogi 101. Debiut zakończyłem w Lakewood koło – jak sama nazwa wskazuje – jeziora. Nie mogłem znaleźć odpowiedniego noclegu, bo nie podobało mi się towarzystwo kręcące się w okolicy, nie było tam też żadnego kempingu. Ostatecznie szukając w ostatnich promieniach słońca jakieś odpowiedniej lokacji znalazłem połacie pól i mini lasku, które idealnie pasowały na nocne schronisko. Tyle, że był to teren wojskowy, o czym informowały obficie rozstawione co 200m tabliczki. Absolutny zakaz wstępu. Why so serious? Od razu powiem, że nielegalnie to będzie jedno ze słów-kluczy tej wycieczki. Dodam też, że w USA zdecydowanie za dużo rzeczy jest nielegalnych jak na moje buntownicze serce europejskiego wagabundy. No nic, wbijam i jak zwykle: zobaczymy. Zwykle w takich sytuacjach opieram się na tezie, że przecież mnie nie zabiją za to, ale tutaj należy pamiętać, że akcja opowieści dzieje się w USA, kraju który traktuje swoją armię i broń bardzo poważnie, ale mimo to uznałem że gra jest tego warta. Żeby było jeszcze trudniej, jedyne wejście na teren znajdowało się na przeciw bazy wojskowej, była budka strażnicza i szlaban, więc trzeba było się garbić, chować, przemykać, ale się udało. To była jedna z dwóch nocy gdy hamak spełniał swoją oryginalną funkcję i faktycznie rozpięty spał między drzewami. Nie miałem dużego doświadczenia w spaniu wisząc 40cm nad ziemią, ale jak się okazało tego snu i tak nie było za wiele. Było tak zimno, że ograniczało się to raczej do kilkudziesięciominutowych drzemek, które łącznie może złożyły się na 4 godziny snu. Schemat powtarzał się przez kolejne cztery tygodnie. Jak tylko robiło się jasno, a często nawet tuż przed, wstawałem i zbierałem się do jazdy. Ruch oznaczał ciepło, nie było żadnego wylegiwania się do ósmej. Zwykle pobudka w okolicach 5 nad ranem i nierzadko o 6 byłem już w drodze, żeby się rozgrzać, zostawiając śniadanie na później. Trochę mi to przypominało pierwsze tygodnie tripu europejskiego, tam też regularnie marzłem, bo mój śpiwór był wersją letnią-light. Spanie zawsze w skarpetach, a najczęściej też i w butach, kurtce, bluzie, czapce zimowej. W Europie nie miałem nawet hamaka. Po prostu jeden mini śpiwór i spanie na plaży. Tym razem unikałem raczej wybrzeża, tam było najzimniej. Mimo że tak właśnie początkowo wyobrażałem sobie tą podróż – chillout na plażach w słońcu – okazało się jednak, że spanie na plaży w Waszyngtonie lub Oregonie przy temperaturach rzędu 10C było po prostu niewykonalne. Nad oceanem zawsze wieje zimny wiatr. Jakby tego było mało, drugiego dnia wjechałem jakby w góry kończąc dzień w Summit Lake. Tam też nie było żadnego kempingu, czy raczej był, ale prywatny dla kolonii girl scouts.  Zresztą wszystkie tereny wokół tego jeziora, jak to bywa często w Ameryce, były prywatne. No tresspassing to amerykańska mantra. Niektórzy dodają do tych tabliczek pogodne: violators will be prosecuted. Tego typu tabliczki, które w Europie znajdziemy głównie przy terenach wojskowych, rządowych, fabrykach itp, w USA są stałym elementem krajobrazu również przy prywatnych domach. Także tej nocy nie było możliwości po prostu rozłożenia się ze śpiworem nad brzegiem. To nie jest Europa. Krążąc znowu w jeszcze ciepłym słońcu popołudnia szukałem miejscówki. W końcu znalazłem dziką polankę przy drodze i znalazłem też – jakby znak – stertę pociętego drewna zachęcającą mnie do zrobienia ogniska, czego nie robiłem oczywiście na terenie wojskowym poprzedniej nocy. Jazda w górkach na rowerze bez przerzutek ma to do siebie, że gdy przy takim rekonesansie terenu trafiam na ostry zjazd jasne jest, że powrotu już nie będzie. Po całym dniu jazdy nie chcesz na koniec dołożyć sobie nawet kilkunastu minut podjazdów, a wiadomo, że do każdego przyjemnego zjazdu automatycznie dołączony jest za zakrętem równie nieprzyjemny podjazd. Dlatego często nie ma opcji jakby-coś-zawsze-można-wrócić. Nie można, bo się nie opłaca lub nie ma sił. Mając w pamięci poprzednią zimną noc i to, że byłem w górach, wiedziałem że również ta noc będzie suboptymalna. Nie musiałem zresztą zgadywać. Od czego są smartfony z apkami pogodowymi. W takim razie postanowiłem, że rozpalę ognisko, położę się tuż obok niego i nie pozwolę mu zgasnąć całą noc. To była jedyna szansa na jaki taki sen w jakim takim cieple. Ten plan wypalił i ustalił mój modus operandi na pozostałe 6 tygodni. Niestety iskry frywolnie fruwające z ogniska spadały na śpiwór i moskitierę, którą byłem owinięty, dziurawiąc ją, sprawiając tym samym, że przestała spełniać swoją funkcję. A był to dzień drugi. A tak przy okazji, palenie ognisk na dziko jest nielegalne. Ale jakby co, 150m za tą polaną był posterunek straży pożarnej. Obawiałem się nawet, że zobaczą dym i ruszą na zupełnie niepotrzebną pomoc, ale tak się na szczęście nie stało. Tego dnia w terenie górzystym zrobiłem tylko 68km, a następnego poranka – wstałem o 5.30am – nogi były całe zesztywniałe od zimna i lekkich zakwasów. Oczywiście można zastanawiać się dlaczego nie wynająłem sobie zwyczajnie AirBnB i nie spałem w ciepłym, miękkim łóżku jak człowiek. Ano dlatego, że AirBnB dla takiego singla jak jak to co najmniej $100 za noc, często więcej. Tanie motele nie były wcale tańsze. Czy wspominałem, że po czteromiesięcznej przerwie w pracy mój budżet miał nie przekraczać $50/dzień i że na samym starcie miałem już $2K wydane na przygotowania oraz 6 tygodni drogi przed sobą? Yeah, that’s why.

       Zaraz pierwszego dnia złamała się część bagażnika. Uszkodzenie na szczęście nie było tak poważne jak awaria bagażnika na lazurowym wybrzeżu 2013, łatwo to naprawiłem i jechałem dalej, ale był to tylko początek spodziewanych usterek. Trzeciego dnia pękła śruba mocująca siodełko. To naprawiałem tak zwanym zip lockiem, a już parę kilometrów dalej natrafiłem szczęśliwie na zakład mechanika samochodowego, który wpuścił mnie do garażu i kazał sobie wybrać odpowiednią śrubę spośród kilkuset opcji które miał na stanie. W drugim tygodniu pękła kolejna rurka bagażnika, ale znowu nie było to nic poważnego.

    Oprócz pogody zauważyłem też inne podobieństwo do euro tripu, mianowicie okres przystosowania się organizmu do takiego challange’u. Nie robiłem żadnych pre-treningów, poza jazdą miejską po Brooklynie, ale to – umówmy się – ma niewiele wspólnego ze wspinaniem się pod górę na rowerze obciążonym 25kg przez 5h dziennie. W Hiszpanii ruszyłem jak szalony nocą z San Sebastian atakując pirenejski etap górski niczym pro uczestnik Vuelta, czym zasłużyłem sobie nawet na okrzyk podziwu Basków oglądających mnie w sobotnią noc z piwem w ręku z przydrożnych barów. Hostia! Krzyknął jeden z nich gdy wychyliłem się zza zakrętu i pognałem pod górę. I to było fajne, ale dwa dni później musiałem sobie zrobić przez to 1.5 dnia postoju, bo achillesy moje mówiły wprost: wtf. Tym razem nieco podobnie. Organizm ni stąd ni zowąd zmuszony do robienia 100km w górzystym terenie pytał się dlaczego? Nie mówiąc już o starych dobrych zapasach z własnym umysłem. Po co w ogóle tak się szarpać i dlaczego single speed? Nauczyłem się takie myśli odrzucać, bo inaczej nigdzie bym nie dotarł, ale to nie znaczy że nie utrudniają drogi. Po stronie fizycznej, tak jak wtedy, odezwały się znowu achillesy i prawe kolano. Ciało nie wiedziało co jest grane. Nauczony jednak doświadczeniem starałem się nie dociskać, nie przeginać. Piano, piano, w ramach możliwości. Poza tym w odróżnieniu od iberyjskiej vuelty z 2013, nie byłem już dwudziestoparolatkiem. Mimo to nie chciałem sobie robić żadnych pauz zanim nie dotrę do plaży. Tam – wyobrażałem sobie mylnie – zrobię sobie chill out w słońcu i wyśpię się do woli w ciepłym piasku. Nope. Okazało się, że na pierwszy dzień postoju przyjdzie mi czekać aż do dnia dwunastego, a zrobiłem go tylko dlatego, że rozlazła się tylna opona, była niedziela i żadnych rowerowych sklepów w okolicy, więc był to przymusowy pit stop na pół dnia.

      Trzeciego dnia dotarłem nad Ocean! Pacifico! Nie należy sobie jednak wyobrażać scen z Baywatch. Było to wybrzeże Waszyngtonu, mała miejscowość Bruceport, dzień chmurny, chłodnawy, plaża pełna glonów, temperatura wody absolutnie nie do pływania i żadnych plażowiczów. Ja w długich spodniach i kurtce. Ale w końcu Pacyfik! I bardzo przyjemny kemping. Teraz trasa będzie wiodła już cały czas na południe. Błędnie myślałem, że już niedługo zrobi się cieplej. Póki co cieszyłem się jednak, że po mału odzyskuję moje kolarskie mojo, droga stawiała coraz mniejszy opór, zacząłem wierzyć, że to się może udać. Pierwsze dwa dni jazdy stały pod wielkim znakiem zapytania, dlaczego tak ciężko podjeżdża się pod te wzniesienia? Kiedy to się skończy? Nigdy. Mordercze podjazdy kontynuowały się do samego Los Angeles. Ale tutaj z pomocą przychodzi znana prawda ignorance is bliss. Dobrze, że nie wiedziałem w pierwszym tygodniu, że trasa tak będzie wyglądała praktycznie do końca. Byłby to gruby demotywator. A tymczasem w rytmie tu i teraz po mału połykałem kilometry. Dni i noce były dość podobne. Jazda za dnia w mglistej aurze, kemping w nocy przy ognisku. Jeśli chodzi o kempingi to oczywiście nigdy nie rezerwowałem ich na zapas, a najczęściej też się nawet nie rejestrowałem. Nie było takiej potrzeby. Po prostu docierałem do wyznaczonego punktu i na miejscu obczajałem czy są wolne miejsca. Jeśli były, nie było problemu, jeśli nadziewałem się na tabliczki camping full (często) i tak wbijałem i najczęściej znajdowałem jakieś opcje. Nie zawsze legalnie, ale jak wspominałem budżet mój i tak już był spuchł nieładnie, nie należało go nadwyrężać . Szóstego dnia opuściłem Waszyngton i wjechałem w piękny stan Oregon.

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *