Kolejne Święta Bożego Narodzenia na nartach! Szkoda, że to jeszcze nie tradycja, ale może kiedyś. Od ostatniego wypadu do Sierra Nevada minęły aż cztery lata, a od narciarskich świąt w Baqueria pięć. Tym razem skok w śnieg był opcją last minute, a mimo to kolejny raz okazał się złotym medalistą wśród świątecznych planów. 

     Do Miami przyjechałem z okazji Miami Street Photography Festival, którego byłem w tym roku finalistą. Od dawna myślałem o zobaczeniu Florydy, gdy przyszedł więc do mnie mail z powiadomieniem o wyróżnieniu i zaproszeniem na festiwal, od razu zdecydowałem, że nastał wreszcie ten dzień, w którym rezerwuję lot do Miami. Od początku szło trochę opornie. Z Nowego Jorku mogącego się pochwalić najwyżej 7 stopniami Celsjusza w 4h przeniosłem się do Miami, które stopni miało o 20 więcej. Na lotnisku zamawiam Lyft (taxi). Wsiadam i od razu dostaję pytanie: hablas espańol? Szybko okazuje się, że mój taxi driver nie mówi nic a nic po angielsku. 

FINISH!

  Ostatnie 4 dni, długi finisz po stronie polskiej, jazda głównie w deszczu, chmurach i późnej nieco jesieni. Jak się okazało Karkonosze nie stawiły najmniejszego prawie oporu, być może faktycznie nie jest tak wysoko, ale raczej nie zrobiły na mnie wrażenia, ponieważ miałem za sobą już 7 tygodni jazdy oraz Pireneje, Apeniny i Alpy na rozkładzie.

MOKRA PÓŁNOC

             Po relaksie budapesztańskim przyszedł czas na północ. Ostatni tydzień był zimny i mokry, coraz bardziej spieszyło mi się do finiszu, coraz bardziej dokuczały mini kontuzje, pamiętam, że prawe kolano w ostatnich dwóch tygodniach wyraźnie domagało się przerwy.

ALPY I BUDAPESZT

       W szóstym tygodniu rozpoczęła się druga część wojażu. Pierwsze 35 dni to Europa zachodnia i jej wybrzeża, pozostałe 20 dni to Europa Centralna i jej górzyste szare nieba. Od razu po opuszczeniu Italii powitały mnie słoweńskie Alpy, które należą do pasma Alp Julijskich. Na mapie nie wyglądało to zbyt groźnie, ale kiedy pierwszy raz pojawiły się na horyzoncie wiadomo od razu było, że będzie źle. A więc faktycznie Alpy. 

PASSO DEL BOCCO  

    Ciekawe, że w zeszłym odcinku (week 4) pisanym rok temu latem wspomniałem, że chętnie bym wrócił w tamte strony kiedyś, bo właśnie za 10 dni tak się po części stanie. Nie wracam na Cote d’Azur, lecz nieco bardziej na zachód, najpierw do Arles na festiwal fotograficzny, a potem 4 dni w Parc Camargue, który pojawił się w odcinku 3 (week 3).

    Czerwiec chyli się ku końcowi otwierając już na oścież drzwi do pełnego, gorącego lata. Tak jest wszędzie w Europie, chyba że się mieszka na Wyspach Kanaryjskich, gdzie lato trwa mniej więcej cały rok, a czerwiec to po prostu kolejny przyjemnie ciepły miesiąc. Trzy lata temu o tej porze pierwszy raz poleciałem do Las Palmas. 

     Według statystyk Forbes Waszyngton nie mieści się nawet w pierwszej dziesiątce najczęściej odwiedzanych miast USA, ale nie warto go pomijać podczas podróży po wschodnim wybrzeżu. Miasto liczące sobie niespełna 700 000 ludzi, jak każda stolica, słynie głównie z bycia politycznym centrum kraju i świata, muzeów i monumentów, ale ma do zaoferowania też wiele więcej.