How was Mexico? – zapytał mnie znajomy amerykański aktor po moim powrocie do Nowego Jorku. A dobrze, a miło, smacznie, słonecznie, kolorowo i brudno, mówię mu. A gdzie ty byłeś? – dopytuje David. Baja California, odpowiadam. In California? – cieszy się mój znajomy gringo – Awesome! Uhm, no, I mean, yes, but it’s Baja California, to jest ta Kalifornia pod Kalifornią, tłumaczę. David marszczy czoło. What’s that? But…it’s California? Postanawiam jeszcze trochę pobawić się tą geograficzną dawidową zagadką, it’s fun, więc wolno i wyraźnie powtarzam z nałożonym do łatwiejszego audio-trawienia amerykańskim akcentem: B-A-D-Ż-A K-E-L-I-F-O-R-N-I-A i czekam jak sytuacja potoczy się dalej. David nie wytrzymuje: …but which country is it?? Haha, Mexico, David, Mexico!! They have their own California too. 

LAZUROWE WYBRZEŻE

     Tydzień 4 podróży to nic innego jak kontynuacja melanżu w raju. Był to co prawda tydzień dużo bardziej pracowity, został pobity znowu rekord trasy (543km), ale dzięki temu i bogaty. Po opuszczeniu Cassis pierwsze trzy miejscowości na rozkładzie prezentowały się tak: Saint-Tropez, Cannes, Nice. A potem Italia.

     Paris, miasto którego nazwę okaleczono w naszym języku wiążąc go na wsze czasy z ryżem, tak jak dźwięcznie brzmiącą słoneczną Italię ktoś skojarzył niefortunnie z puklami włosów, w wersji oryginalnej brzmi i wygląda naprawdę przyjemnie. W dodatku uniknął nużenia mnie tak zwanymi romantycznymi kliszami, których nadal jest w tym mieście bardzo dużo, ale które teraz płynnie mieszają się z życiem bardziej współczesnym; to ostatnie z kolei ku zaskoczeniu jednak nie okazało się wcale mniej interesujące od filmowo-książkowych wyobrażeń.

W STRONĘ MARSYLII 

     Jeżeli dotarcie do Canal du Midi było swoistym czyśćcem, czasem na zwolnienie i zmycie brudów pierwszego tygodnia, o tyle kontynuacja jazdy w trzecim etapie nie była niczym innym niż przedsionkiem raju. Oto rozpoczynał się najlepszy etap podróży, część o której myślałem najczęściej gdy planowałem trip.

CANAL DU MIDI

     Drugi tydzień wyprawy należał do zdecydowanej jej czołówki. Ustąpił być może tylko tym spędzonym nad Morzem Śródziemnomorskim. Od początku wiedziałem, że właśnie na francuskim wybrzeżu będę czuł się najlepiej – nic tak nie mówi mi jesteś w domu jak kolejne powroty nad morza lub oceany. 

JAZDA

     Nastąpił wreszcie ten dzień, godzina zero, czas był ruszać w głuchą noc. Nie planowałem nocy, ale okazało się, że przeceniłem gościnność właścicielki mojego byłego mieszkania w Durango, do którego wracałem odebrać rower