Jemy śniadanie w naszym malutkim hotelu gdy w recepcji zjawia się Eugenio i szuka nas wzrokiem. Widzi, że jeszcześmy nie gotowi, macha do nas i czeka na zewnątrz. Eugenio zorganizował nam prywatną taksówkę, która zawiezie nas z turystycznego kurortu jakim jest półwysep Varadero nad Zatokę Meksykańską do Parku Narodowego Cienaga de Zapata. Jorge, nasz taksówkarz, wydaje się być przyjemnym czterdziestolatkiem. ¿Hablan espańol?, ah pues muy bien, cieszy się jak wszyscy tutaj na widok turysty mówiącego po hiszpańsku.

Rozpoczynamy jazdę w starym Pontiac’u, który liczy sobie tyle lat co ojciec – rocznik ’55. Jorge kupił go w 1997, czyli kupił auto 42 letnie. Teraz jednak ma ono już lat 55. Wszystko co prawda wewnątrz auta zostało wymienione, włącznie z silnikiem, ale karoseria została ta sama. Klamki trochę odpadają, przyciemniane szyby ciężko chodzą, nie działają też żadne zegary, które wskazują teraz, że poruszamy się z prędkością 2km/h – generalnie jednak auto sprawuje się bardzo dobrze. Kubańczycy to najlepsi mechanicy świata, słyszymy na każdym kroku. Patrząc na tamtejsze kilkudziesięcioletnie auta nie ma powodu w to wątpić. Chcecie klimatyzację? – śmieje się Jorge – to jest nasza klimatyzacja! – otwierając i zamykając na przemian małe trójkątne okno od strony kierowcy trzęsie się ze śmiechu. Takie okienka pamiętam z Fiatów 126P, których nota bene mijamy kilka po drodze. Jak się okazuje są one dość popularne na karaibskkiej wyspie i dalej jeżdzą po uliach obok wielkich amerykańskich Ford’ów, Pontiac’ów, Mustang’ów oraz aut radzieckich najróżniejszej maści. Co więcej, będą pewnie jeździły jeszcze długo po tym jak „maluchy” znikną już zupełnie z polskich dróg. Takie widoki tylko na Kubie! Jorge jest bardzo gadatliwy, opowiada bez końca, czasem powtarza rzeczy oczywiste, czasem powtarza to samo dwa lub trzy razy jakby nie wierząc, że rozumiem co do mnie mówi. Ale opowiada rzeczy niezwykle ciekawe – nasz około czterogodzinny kurs zamienił się w swego rodzaju wykład Jorge o najświeższej historii Kuby i jej obecnej sytuacji gospodarczo-społeczno-politycznej, co jak zauważyłem u wszystkich moich kubańskich znajomych jest tematem najchętniej, najgoręcej i najszerzej przez nich dyskutowanym. I każdy ma swoje zdanie. Przypomina mi to rozmowy o futbolu w Hiszpanii lub Anglii. W trakcie rozmowy dowiedzieliśmy się na przykład, że średnia miesięczna płaca na Kubie to 10CUC. My za cały kurs taksówką płacimy 120CUC, Jorge zatem zarabia roczną pensję w jeden dzień. Nie jest to jednak prawda, bo Kuba to dziwny kraj, w którym koegzystują dwie waluty: zarabia się w moneda national (“walucie narodowej”), czyli CUP, ale większość produktów kupuje się za CUC, “walutę dla turystów”. Jaka jest różnica? Otóż średnia miesięczna płaca to 240 CUP, czyli równowartość 10 CUC, natomiast dobry obiad w restauracji kosztuje właśnie…10CUC. Wychodzi więc na to, że miesięczna pensja przeciętnego mieszkańca Kuby jest równowarta jednemu obiadowi w restauracji. Kubańczycy oczywiście nie jadają w drogich restauracjach i mają co prawda dodatkowo system kartkowy, dzięki któremu dostają podstawowe produkty w CUP (ryż, chleb, warzywa), jednak rzeczy bardziej luksusowe takie jak dezodorant czy olej kupić już muszą w CUC. Jorge robi przystanek, wyskakuje do sklepu i wraca z 4 małymi paczkami detergentu. To, pokazuje, kosztuje 2CUC. Jak to, pytam, skoro zarabiasz teoretycznie 10CUC miesięcznie (Jorge nie jest taksówkarzem, ten kurs robi prywatnie), a on na to odpowiada śmiechem: no właśnie, jak to? – śmieje sięimposible. Imposible, kiwam głową. To jak żyjecie, pytam. A bo każdy robi „na boku”, każdy robi, co może – wyjaśnia. To prawda. Każdy kombinuje. Jorge też. Zaprasza nas na obiad do domu swoich rodziców, obiad jak najbardziej odpłatny, i to słono dzięki drobnemu nieporozumieniu – gdy ustalaliśmy ceny ja mówiłem o cenie za dwie osoby, a Jorge za jedną. Wyszło zatem na to, że za dość przeciętny obiad zapłaciliśmy 30CUC (czyli $30), tyle dokładnie ile dziś zapłaciliśmy za obiad dla dwóch w jednej z lepszych restauracji Havany w legendarnym Hotel Ingles. Na obiad u rodziny Jorge dostaliśmy dużo gotowanej marchewki, coś co przypominało ziemniaki, langosty, wieprzowinę i rodzaj kompotu. Eugenio, który organizował dla nas taxi, też wziął od nas 20CUC. Nie mam do nich jednak o to pretensji, bo wiem że w ich przypadku chodzi o coś więcej niż o naciąganie turystów – tutaj chodzi o przetrwanie. Swoją drogą ciekawe jest to, że prawdopodobnie większość ludzi na świecie jest przekonana, że na Kubie, tak jak w całym rejonie Morza Karaibskiego, je się dobrze, dostatnio i pikantnie. Ja też tak myślałem. Nic bardziej mylnego. Kuba jest biedna i takie jest też jej menu, w którym króluje przede wszystkim wieprzowina podawana w skromnych racjach, gotowane warzywa oraz ryż. A wszystko to niemal bez przypraw.

     Jak tylko opuściliśmy turystyczne Varadero, którego nie polecam podróżnikom chcącym zobaczyć ten kraj takim, jakim jest na prawdę, oczom naszym ukazała prawdziwa Kuba, tj. skrajnie biedna i budzącą bardziej współczucie niż zachwyt. Bardzo przypominało mi to prowincjonalne Maroko. Ludzie nie tyle tam żyją, co bardziej walczą o przetrwanie w warunkach bardzo skromnych i stosowniej byłoby chyba nazwać to bytowaniem niż życiem. Każdy mówi, że z państwowej pensji wyżywić się szans nie ma i faktycznie na to wygląda. Kuba jest droga, tak dla turystów jak i dla tubylców. Przecinając wyspę od północy na południe widzieliśmy miasteczka i wsie, które były w zasadzie zbiorowiskiem betonowych lub drewnianych chat w stanie totalnego rozkładu, oraz rzesze ludzi, którzy jedzą i noszą na sobie co popadnie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jakkolwiek szczytna nie wydawałaby się idea socjalizmu i dzielenia się wszystkim po równo, w praktyce komunizm („Kuba nie jest krajem komunistycznym”, zapewniała pani przewodnik z ramienia rządu, na którą przypadkiem natknęliśmy się w jednym z autobusów, „Kuba”, mówiła, „to kraj socjalistyczny”) czego się nie dotknie doprowadza do totalnej ruiny. Dziś w Havanie widzieliśmy przepiękny, monumentalny budynek Kapitolu, który jednak, o zgrozo, w tylniej części miał powybijane okna wiejące pustką. Wiele zamieszkanych domów tak właśnie wygląda. Możnaby tu kręcić filmy katastroficzne takie jak „21 dni,” gdzie bohater chodzi po przeraźliwie opustoszałym i wyludnionym ogromnym mieście. Z tążnicą, że Havana nie jest opustoszała – przeciwnie, to miasto tętni życiem. Szkoda tego pięknego kraju i szkoda ludzi. W drodze do Havany dosiada się do nas żona Jorge, Rita, która towarzyszyć mu będzie w drodze powrotnej. Po naszym małym zgrzycie przy obiedzie, droga do Havany stoi pod znakiem konwersacji już nie z taksówkarzem, ale z jego żoną właśnie, która jest bardzo miłą kobietą w średnim wieku i która z żalem w głosie mówi mi teraz, że im nie wolno podróżować tak jak nam. To potem jedziecie do Meksyku? – pyta. Tak, odpowiadam. Tak…na wakacje? – drąży. Tak, uśmiecham się smutno, bo widzę w jej oczach jak najbardziej naturalną zazdrość. Nie znam swojego kraju, mówi, nie mamy pieniędzy nawet żeby podróżować po Kubie, a za granice nam nie wolno. Mamy rodzinę w Hiszpanii, starałam się o wizę, ale wciąż czekam na odpowiedź. Syn studiuje w Matanzas. Będzie inżynierem. U was się to studiuje?, pyta, ej chyba już nie, co? A i owszem, mówię, niektórzy studiują. Generalnie staram się opowiadać o Polsce tak, żeby dać im do zrozumienia, że u nas, choć dużo lepiej, nie jest też idealnie, bo mi ich po prostu żal. To u was też był komunizm, zamyśla się Rita. A kiedy się skończył? Ponad 20 lat temu, odpowiadam. I jak?, pyta zaciekawiona, jest lepiej? O tak, mówię, dużo lepiej. Ale w latach ’50-’80 było bardzo źle, dodaję jako marne pocieszenie. Hahaha – wybucha nagle siarczystym śmiechem Jorge – no to wyobraźcie sobie, że Kuba jest właśnie taką Polską z tamtych lat i od tego czasu nic się nie ruszyło choćby o centymetr.

     Taksówka toczy się po Autopista Nacional w stronę deszczowej Havany. Temperatura nieprzyjemnie spada ponżiej 20C. Robi się ponuro za oknem i ciemno w aucie, w którym tylko mdłe światło oświetla twarz odwróconej do nas kobiety siedzącej na przednim siedzeniu pasażera. Mówi teraz o rekordowym zimnie jakie przyszło do nich nie dalej jak trzy tygodnie temu (luty 2011). 2C ! Takich cudów u nas nigdy nie było, śmieją się teraz oboje. Co robiliśmy? Ano nic, strasznie zmarzliśmy. O ogrzewaniu oczywiście tutaj nie ma mowy, kto by się tym przejmował na Karaibach, skoro nawet w Barcelonie wiele domostw ogrzewania nie posiada. Jorge wcześniej opowiadał też o tym jak to łapie się tam krokodyle, bo choć to nielegalne i karalne, ludzie muszą coś jeść. Sam zresztą u jego matki poprosiłem o mięso krokodyla, które smakowało zupełnie zwyczajnie i niespecjalnie, coś jak połączenie kurczaka z rybą. Rita mówiła z kolei o tym jak to turystyka nie istnieje właściwie w ich kraju. Turystyka na Kubie, mówią zgodnie, to są plaże i słońce, a tak poza tym nie ma tu za wiele. W to jednak trudno mi uwierzyć wiedząc, że Jorge i Rita, jak sami przyznają, widzieli mniej Kuby niż my, i myśląc choćby o miastach takich jak La Habana czy Santiago albo o malowniczej krainie Vińales, do której udaliśmy się parę dni później – rejonu gdzie uprawia się tytoń i produkuje słynne w całym świecie cygara. Gdy dojechaliśmy do Cienaga de Zapata rozpytywałem o Las Salinas, teren określany jako solna półpustynia, dom pięknych czerwonych flamingów, ale Jorge nigdy o niej nie słyszał. Gdy dowiedział się, że wiem o tym z przewodnika zapytał czy faktycznie istnieją przewodniki po Kubie. Odparłem że owszem i to niemało, na co on stwierdził, że pewnie sterowane przez państwo. Wyjaśniłem mu więc, że są to przewodniki niezależne, pisane przez podróżników, najczęściej obcokrajowców, ludzi którzy tu byli lub mieszkają, ale nie tubylców. Przewodniki drukowane są za granicą, dodałem, wasz rząd nie ma z tym nic wspólnego. I co piszą, pyta mnie zaciekawiony Jorge. Piszą, uśmiecham się pod nosem, że Kuba jest piękna. Faktem jednak jest że my podróżujemy teraz już bez przewodnika. Mieliśmy jeden nieudany egzemplarz z Polski, ale był to akurat faktycznie przewodnik pisany przez Kubańczyka z establishmentu, który zachwala naturalnie swój kraj na każdym kroku nie wspominając nic o problemach, z którymi borykają się codziennie jego mieszkańcy. Ale o dziwo również te znane wszystkim na całym świecie wiodące przewodniki (ten amerykański i ten brytyjski) w moim odczuciu mylą się zbyt często. Jedną z cenniejszych obserwacji jakie poczyniłem w trakcie tej podróży jest to, że na przewodnikach zbytnio polegać nie należy. Dużo korzystniej jest zasięgać informacji od innych podróżników i tubylców (w takiej kolejności, bowiem tubylcy zwykle powiedzą, że cały kraj jest wspaniały, albo co gorsza myśląc, że jesteś turystą pięciogwiazdkowym pokierują cię do takich właśnie miejsc rojących się od gringos podróżujących w szczelnie zamkniętych klimatyzowanych autobusach). Pomijając fakt, że taka książka, która ma powiedzmy na 500 stronach streścić cały kontynent jest dziełem zaledwie 4 lub 6 ludzi, którzy mogą mieć gusta zupełnie inne niż moje, „miejsca które koniecznie trzeba odwiedzić” to przecież sprawa dość względna, niestety mylą się również w sprawach bardziej wymiernych takich jak połączenia autobusowe czy ceny. Jeden z przewodników po Kubie, wydany zaledwie sześć miesięcy przed naszą podróżą, podawał na przykład informację o tym, że istnieją połączenia autobusowe z Varadero do Cienaga de Zapata. W rozmowie z wieloma kierowcami autobusów dwóch różnych firm okazało się jednak nie tylko, że takiego połączenie nie ma, ale również, że takiego bezpośredniego połączenia nigdy nie było. Czyżby autorzy przewodnika nie mówili dobrze po hiszpańsku lub coś zmyślili? Wbrew pozorom jest to całkiem możliwe. Zresztą cały obraz Kuby w owych czytanych przeze mnie przewodnikach wydaje mi się teraz mocno przesłodzony. Czytając je w Londynie miałem przed oczami zupełnie inną wizję. Tymczasem w żadnym z nich nie mówi się o skrajnej biedzie i pożałowania godnym stanie kraju. Owszem pisze się o średnich zarobkach i o ubóstwie, ale jakby w tle, nikt nie mówi, że większość kraju stoi w ruinie i że nawet Havanę, której zdjęcia zwykle przedstawiają retuszowane kolorowe budynki ze starymi autami i uśmiechniętymi ludźmi w kolorowych strojach z cygarami w ustach (jak się okazuje do takich zdjęć Kubańczycy chętnie pozują – odpłatnie. Specjalnie ubierają się elegancko, zapalają cygaro i czekają na turystów spragnionych „zdjęć prawdziwej Kuby”), należałoby zasadniczo zakwalifikować do krajów trzeciego świata. Owszem jest tu monumentalna architektura z czasów sprzed rewolucji, Kapitol i parę innych brylantów, ale wszystko jest w stanie rozkładu, a przede wszystkim otoczone ubóstwem i, co gorsza, poczuciem beznadziei. Dosłownie – ludzie nie mają tu nadziei, choć czekają na zmiany. Ale nikt się za nie nie zabiera. Jeszcze nie nasze pokolenie, mówi mi Dalia – gospodyni która prywatnie wynajmuje pokoje turystom w stolicy – ale może nasze dzieci. Oby – dodaje patrząc błagalnie w niebo jakby wypatrując ratunku. Jak można o tym nie pisać będąc na Kubie jeśli widać to na każdym kroku? Pisze się o cygarach, Hemingway’u, gadatliwych mieszkańcach, salsie, i takie pojęcie o tej wyspie mają wszyscy którzy albo tam nie byli albo nigdy nie rozmawiali o Kubie z Kubańczykiem. Moja przyjaciółka, która takie właśnie kolorowe pojęcie miała do niedawna o Kubie choć z Kubańczykami muzykuje już od bardzo dawna, a nawet ma chłopaka Kubańczyka, parę dni temu wyszła wręcz porażona filmem Una Noche pokazywanym na nowojorskim festiwalu Tribeca (i tylko tu na razie – wśród publiczności byli Kubańczycy, którzy przylecieli zobaczyć ten film specjalnie z Miami) ukazującym prawdziwą Kubę z jej skrajną biedą, prostytucją, wirusem HIV, i trójką nastoletnich bohaterów przeprawiających się tratwą zbudowaną z opon i desek przez morze w stronę Miami. Film notabene oparty na prawdziwej historii, z tą jednak różnicą, że o ile bohaterowie Una Noche docierają do celu (optymistyczna wersja brytyjskiej reżyserki), o tyle życie napisało dużo smutniejszy finał, wszyscy bowiem jego uczestnicy zostali pożarci przez rekiny. Takich historii jednak w przewodnikach nie znajdziemy, nie pisze się też o tym, że do obowiązków kelnerów obok przyjmowania zamówień i serwowania dań do stołu należy również odganianie proszących o jedzenie łamiącym się głosem wychudzonych Hawańczyków, mimo iż oficjalnie zjawiska żebrania na Kubie w ogóle nie ma, tak jak nie ma też problemu prostytucji, HIV i regularnych rozpaczliwych prób ucieczki z wyspy. Być może to, co odróżnia Kubę od faktycznego trzeciego świata to fakt, że turyści, za odpowiednią opłatą, owszem mogą poczuć się tu prawie jak u siebie w domu, są tu drogie hotele-enklawy, z których nie wychodząc można mieć ułudne uczucie, że problemów tutaj nie ma. Wystarczy jednak wyjść poza hall najsłynniejszego w stolicy Hotel Ingles żeby zobaczyć jak bardzo się ktoś taki myli.

      Jest ósma rano. Dziś wyruszamy w stronę Vińales i Pinar del Rio – zielonego rejonu na zachodzie kraju słynącego z plantacji tytoniu i przepięknych krajobrazów. Dalia kroi ananasa, mango i banana w kostki. Typowe śniadanie kubańskie, które podawano nam codziennie niezależnie w której części kraju byliśmy, składa się z omleta, talerza owoców, chleba, masła, kawy i soku wyciśniętego ze świeżych owoców. Lubię te wasze karaibskie śniadania, mówię jej trochę na wyrost, bo Karaibów wcale dobrze jeszcze nie poznałem. Uśmiecha się pobłażliwie. To w zasadzie nie jest wcale typowe kubańskie śniadanie, mówi. Typowe kubańskie śniadanie to brak śniadania, śmieje się, ale nietrudno poznać, że wcale nie żartuje. Dalia narzeka na życie podobnie jak Jorge i Rita, ale niestety nie widać u niej tej pogody ducha, którą taksówkarz i jego żona jakimś cudem mimo wszystko zachowali. Kubańczycy, pomimo trudnej sytuacji w kraju, są bardzo pogodni, otwarci, mili, rozmowni, uśmiechnięci i spragnieni opowieści z zewnątrz. Myślę o narzekających rodakach, którzy w porównaianiu z Kubańczykami żyją luksusowo. Nigdy jednak nie słyszałem, żeby w kraju jeden emeryt mówił do drugiego, stary, ale mam dzisiaj dobry dzień! Dużo za to mówi się o czekaniu na śmierć i że starość nie radość. Nie jestem pewien czy wszyscy Kubańczycy by się zgodzili. Co kraj to obczaj. Tymczasem 65 letni Leonardo, u którego wynajmuję teraz pokój w Nowym Jorku, słucha muzyki głośniej ode mnie (wyobraziłem sobie sytuację, w której proszę własnego dziadka by ściszyć trochę tą karaibską dyskotekę –  zabawne). U nas raczej się narzeka. Dawniej powodem było ciężkie życie w PRL, a dziś? Ciężkie życie w kapitalizmie i brak słońca? Czy to wszystko naprawdę zależy od pogody? Kto wie. Kubańczycy odwrotnie, swoją dramatyczną niemal sytuację starają się zignorować, żyć jakby poza nią i udawać trochę, że jej nie ma. Być może jest to coś na zasadzie, że gorzej już nie będzie i to jest plus. A może właśnie nie udawać? Może właśnie na tym polega szczęście tego urodziwego karaibskiego ludu, że potrafią cieszyć się małymi przyjemnościami takimi jak szklaneczka rumu dzielona z przyjaciółmi w lokalnym barze i wspólne muzykowanie. Kubańczyka nie zabije głód, nie zabije bieda, ani nie zabije żadna polityka, mówi mi śmiejąc się pewien barman w Havanie podrygując zgrabnie w rytm salsy płynącej z głośników, Kubańczyka może zabić jedynie brak muzyki. Tam gdzie jest Kubańczyk, mówi mi inny plantator tytoniu w Vińales, jest i zawsze muzyka. Inaczej być nie może, stwierdza sentencjonalnie trzymając w lewej ręce własnoręcznie robione cygaro ze swojej plantacji, a w ręce prawej swoją wysłużoną gitarę. Przypominam sobie z uśmiechem film, który widziałem parę lat temu w jednym z madryckich kin – dokument o słynnej grupie Buena Vista Social Club. Jest tam taka scena, w której widać dwóch członków zespołu, obaj dobrze po osiemdziesiątce, odpoczywających na łóżkach w swoim hotelowym pokoju po jednym z europejskich koncertów. Podczas gdy jeden z nich chwyta telefon i dzwoni na Kubę do swojej żony, drugi szelmowsko uśmiecha się w stronę kamery, nalewa sobie szklaneczkę rumu i mówi zamyślony patrząc na swój ulubiony drink z typową dla Latynosów beztroską:”…lubię cygara i uwielbiam wręcz rum, ale mógłbym bez nich żyć. Natomiast bez kobiet…bez kobiet i muzyki życie byłoby nic niewarte”.

Kuba to dziwny, piękny kraj, którego siła leży nie w plażach, palmach, kokosach, ciepłym morzu i ciekawej zabytkowej już dziś architekturze, których to rzeczy nie brakuje przecież też i w innych krajach, lecz w jego ludziach. Zamiast więc powiedzieć, że Kubę trzeba koniecznie zobaczyć zanim upadnie reżim i władzę nad nią rozpostrze duży brat z północy, czego im nie życzę, powiem, że będąc na Kubie trzeba przede wszystkim koniecznie pogadać z jej mieszkańcami, bo w nich drzemie serce tej ziemi. To, co najbardziej imponuje mi obserwując Kubańczyków to ich miłość i absolutne oddanie ojczyźnie. Większość z nich nigdy w swoim życiu nie zaznało innej Kuby niż Kuba tyrana Castro, większość z nich sporo z rąk rodaków wycierpiała, wielu na pewno ma powody by wyrwawszy się raz z tonącej wyspy zapomnieć o niej raz na zawsze i nigdy nie oglądać się za siebie, a jednak takiej postawy wśród wielu mi znanych Kubańczyków nie spotkałem nigdy. Wszyscy, niezależnie z której strony barykady się znajdują, kochają ten kraj ponad wszystko, wielbią go i tragicznie za nim tęsknią; za latami świetności Havany znanymi dzisiaj tylko z opowieści starszyzny. I chociaż będąc na Kubie trudno czasem uwierzyć, że ten kraj faktycznie miał się kiedyś bardzo dobrze, trudno też się ową niesamowitą miłością jej mieszkańców do ojczyzny nie zarazić.

One comment on “KUBA”

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *